Wodzisław Śląski... większość kibiców Wisły słysząc tą nazwę wzdycha i myśli o kolejnym krótkim wypadzie na wieś gdzie nic się nie dzieje i największa atrakcją może być promocja po drodze. Dla Lechii był to jednak jeden z lepszych wyjazdów w sezonie, cała Polska do przejechanie, możliwość spotkania się ze znajomymi i wiadoma sprawa, że pojadą raczej bardziej kumaci kibice niż niedzielni wyjazdowicze... przynajmniej tak się zapowiadało. Pierwszych kibiców biało-zielonych mieliśmy już ok 2 w nocy, chwila na pogaduchy i pasuje się przekimać przed całodobowym melanżem i wyjazdem – 3 godziny musiały wystarczyć. Wstajemy rano i udajemy się na R22 załatwiać sprawy organizacyjne jedni, a ja na wykłady (nie pamiętam już kiedy byłem tak wcześnie). Podczas gdy ja się uczyłem, zaczęła się zbiórka przedwyjazdowa. Na razie jeszcze jeszcze byłem asertywny i myślę „ch... z Wodzisławiem, wpadnę na imprezę pomeczową”, nagle dostaje telefon i słyszę, że Lechia miała spotkanie z koalicją Ruch – Widzew i kilka osób rannych, jedziemy na dworzec. Pakuje się do plecaka i w trakcie jeszcze pierwszego wykładu ewakuuje się z zajęć. Plan był taki, że odbierzemy Lechię na dworcu, damy im jakieś bluzy i jak wyjadą do Wodzisławia to wrócę na zajęcia. Idę przez rynek i dostrzegam kilkunastoosobową grupę grubasów, jeden w smyczce Cracovia Hooligans... Włączył mi się radar i zastanawiam się co jest grane, przecież żydki grają dopiero o 17, a 10 jeszcze nie było. Mijam Galerię Krakowską i kolejne pejsy tym razem2 sztuki w szalach spisywani przez psiarnie. Kawałek dalej widzę ziomka od nas, biega jak poparzony, telefony, itp. Wychodzę z Galerii, a tu na parkingu pokitrane całe oddziały psiarni, suki, żółwie ninja, itp.,a ja z gadżetem w plecaku...myślę, przyczepią się do studenta, zmacają plecak i będzie buba. Odbijam na parking dla busów i nagle pełne zaskoczenie i widzę nasze mordy. Krótka gadka, ktoś mówi, że żydki nas chyba obczajają i może coś być więc pełna mobilizacja, zjeżdżają się kolejne samochody, spotykam ziomków z FC O. i S. mówią, że mają miejsce w samochodzie i jak to nie jadę na wyjazd jak jadę... no to wróciłem na wykłady myślę:)
Zawijamy się na Reymonta z powrotem spotkać z resztą osób. Dostajemy telefony z Lechii, że są trzymani na jakiś polach, spisywany jest cały pociąg, kilkadziesiąt osób powiniętych, jeden skatowany przez psiarnie jeszcze i psy chcą ich zawrócić. Zapada w końcu decyzja JEDZIEMY! Jest jeszcze ekipa samochodowa Lechii którą też trzeba wesprzeć. Ledwo wyjechaliśmy z Krakowa... jeb, fura się zepsuła, nie damy rady jej naprawić na poboczu. Dzwonimy po znajomych, kto jeszcze jedzie ale szału ni ma. Z opresji ratują nas busy w których miała jechać Lechia:) Pakujemy się, a w busach po 5, 6 osób w sumie, pełny prowiant, bułki, batony, jogurty, woda:)
Mamy lekkie opóźnienie ale przynajmniej jedziemy i możemy rozprostować nogi i poczytać książkę w końcu miałem się uczyć, a w samochodzie ze zjebaną klimą, siedzeniem i szybami których nie da się otworzyć każdy odliczał tylko kilometry do końca. Docieramy pod koniec pierwszej połowy, wchodzenie przebiega nawet sprawnie, wchodzą wszyscy, gościnnie ok 10 osób z Piasta Gliwice. Doping stanowiły w większości okrzyki i krótkie hasła sławiące Lechię z odrobiną anty dopingu (K. z Lechii stwierdził, że muszą Wisłę nauczyć anty dopingu bo było za cicho). Cały mecz przegadałem gdzieś z tyłu sektora. Po końcowym gwizdku i kolejnej porażce piłkarze podchodzą ze spuszczonymi głowami przybić piątki, kilkoro z nich słyszy co nieco na temat swojej ambicji itp.
Powrót do Krakowa tym razem z ziomalstwem z Lechii znowuż samochodem z tą różnicą, że już w pełni sprawnym. Trasa mija szybciutko, jeden krótki postój po drodze i jako jedni z pierwszych meldujemy się U Wiślaków. Zaczynają się browarki, obiad, generalnie życie kibicowskie kwitnie.
Po wstępnym melanżu przenosimy się do hotelu i zaczyna się chlańsko i patologia na dobre!
W trakcie imprezy mamy jeszcze mały wypadzik samochodowy bo kilku żydków postanowiło poudawać chuliganów... przyjeżdżamy na miejsce i oczywiście amba zjadła żydów. Wracamy na melanż, główny prowodyr głupich pomysłów idzie spać i zaczynamy się prześcigać w pomysłach co mu zrobić. Pomysł z goleniem oklepany, więc używamy żelu, żarówki, mydła, pada pomysł żeby zdemontować zraszacz i podłączyć;) Pomysłów przybywa, ktoś rzuca hasło żeby go podpalić, do pokoju w tym czasie wszedł „opiekun pokoju” i mówi żeby nic tutaj nie palić, jak chcemy to możemy go wyrzucić za okno (6 piętro). Gdyby nas lepiej znał pewnie nie poddał by nam tego pomysłu bo poważnie zaczęliśmy rozważać, że gdyby go przywiązać do krzesła i obwinąć 3 kołdrami i taśmą to przecież nic mu się nie stanie:) W dalszej części padają propozycje żeby go rozebrać i podrzucić recepcjonistce albo na stadion Kałuży zawieźć, niestety kończy się na nieco bardziej przyziemnych pomysłach i robimy mu maseczkę z lakieru do paznokci, popcornu i odrobiny Jana niezbędnego. Po przebudzeniu nie muszę mówić, że zaczęły się rewanże i odgrażanie.
Przed 5 rano wyjeżdżam do domu wykąpać się i zebrać na kolejne zajęcia. Popołudniu wpadam na chwilę do Wiślaków... i widzę, że jeszcze nie wszyscy wyjechali do Trójmiasta :D Z naszego pokoju ostatnie osoby jechały podobno ok 9 rano więc i tak nieźle.
Podsumowując – weekend ciekawy, a dla ekipy pociągowej z wysokim poziomem adrenaliny. Fajnie było się znowuż spotkać w dobrym gronie i pośmiać. Dodam, że był to dla mnie wyjazd pod znakiem ekipy bardzo tani koszt bo nie wydałem ani złotówki na przejazd, bilet, jedzenie i picie (nie liczę spotkania z ziomkami po meczu).