Żeby się udać na ten mecz musiałem się sporo napocić, przekonywać P. żeby mnie zgarnął furą zaraz po pracy, a nie jechał ze wszystkimi, w pracy błagałem kierowniczkę żeby mnie wcześniej puściła no i było trzeba sobie powrót zaplanować bo miał wracać z nami jakiś Lechista a stary Fiat Uno ma ograniczoną pojemność. Wszystko na szczęście dobrze się ułożyło i na Bronowicach zbieramy się w 2 fury i ruszamy w stronę krainy czarnego wungla i brudnych paznokci. Podróż upływa szybciutko, moje głupie dowcipy już przed autostradą zaczynają irytować towarzyszy podróży więc zaczynamy sobie z P. śpiewać. Po pewnym czasie dostaję bułkę żebym się zatkał...
A myślałem, że jadę z ludźmi wrażliwymi, otwartymi na piękno i sztukę, a to zwykła patologia była! Koniec końców docieramy do Chorzowa, robimy kilka dodatkowych kilometrów zapoznając się lepiej z okolicą, fajne kurtki tam mają:) Nic nie wyłapujemy i jedziemy na wyznaczony parking. Psy nas zostawiają do opieki to organizuję szybko wszystkich i mówię, że nie ma sensu czekać na zbawienie tylko idziemy sami. Na chodniku niebiesko od barw, my w barwach, a za kordonem kończy się niektórym nieśmiertelność. Zgadujemy się jeszcze z 3 ziomkami z Lechii i idziemy dziarskim krokiem w stronę stadionu. Dochodzimy w kilkanaście osób do kładki, tam kilku śmierdzieli w barwach. Podbijam do jednego i pytam czy daleko na stadion, ten z oburzeniem mi mówi, że przecież tu mam, pokazując palcem i po chwili jeszcze raz odwraca zdenerwowany głowę orientując się, że jestem w czapce Lechii, a za mną kilkanaście osób. Kumple śmierdziela przylgnęli do barierki na moście, ale nic im nie robimy i bez przypału idziemy na stadion.
Na meczu trochę dopingujemy, częstujemy się sucha kiełbasa bez keczupu i umilamy sobie czas oglądając tajny trening Widzewa i Ruchu:) Po meczu jedziemy wszyscy do Krakowa, cudem mieścimy się w Uno, ale Uno nas nie chciało i złapaliśmy kapcia na autostradzie. Szybka zmiana koła przez fachowców którzy nie wiedzieli czy mamy klucz bo inne żelastwo zajmowało bagażnik.
Docieramy do Krakowa nie wiem o której ale pół godziny zajęło nam rozłożenie Lechisty na łopatki. My pijemy jeszcze chwilę i dopiero ok południa się rozjeżdżamy. Tzn. ja jadę po następnych gości reprezentujących bardzo białe i zielone barwy i wszyscy razem udajemy się na szamanko, pićku i... mecz Pychowianki:D Generalnie plączemy się po mieście zwiedzając barmanki, tzn bary i wieczorem każdy udaje się w swoją stronę. Dobry dzień był:)