Dobra obiecałem, że wrzucę opis z wyjazdu do Wrocławia więc chyba najwyższa pora.
Wyjazd oczywiście dzień wcześniej ok południa (później to już by wstyd był), zbiórka w Galerii Krakowskiej i tutaj pierwsza niespodzianka... znajomy żydek! Ja za nim zasuwam po tej galerii, a on piętro niżej gdzieś się chowa, na pewno wyglądało to komicznie ale suma summarum schował się gdzieś i go zgubiłem... cóż. Znajdujemy się później zresztą patologii, kupuje jakieś szamanko i browary i pakujemy się do przedziału. W pociągu sporo znajomych twarzy, na dworcu jakiś dwóch typów nas obczaja więc zachowujemy ostrożność... do czasu. W Chorzowie już była taka impreza, że mało nie płakaliśmy ze śmiechu, od Jaworzna/Trzebini napisy na murach doprowadzały nas do łez po prostu, co lepsze kwiatki które pamiętam: na cmentarzu 2 metry na całą długość murku „domagamy się referendum”, przed wjazdem do Chorzowa „Kocham tylko Ruch, Jezusa i suche kromki ze smalcem”. Pół drogi mija nam na szukaniu kanarzycy, laska nieziemska, mało się o nią nie pobiliśmy, trzy razy nam sprawdzała bilety, już usłyszała od nas, że ją kochamy, miałem się oświadczyć w Oławie ale pierścionka nie miałem... Gdzieś dalej wpadają do pociągu SOKi i psiarnia z kanarem mówiąc, że jesteśmy za głośno i mamy wysiąść, mówimy, że będzie już ok i opowiadamy jakieś głupoty, a na odchodne usłyszeliśmy od kanara, że mamy nie zaczepiać konduktorki (zazdrosny był i tyle). We Wrocku na stacji wita nas Śląsk z browarami, od razu zaczynaja się śpiewy, nikt nie zwraca uwagi na psiarnie. Pijemy, jemy, zwiedzamy Wrocław (ciemno już było więc rozjaśniamy sobie umysły piastami), nikomu nie przeszkadzają ujemne temperatury tego dnia, ja gdzieś wdepnąłem w kałuże. Koniec końców lecimy na kwadrat gdzieś na jakąś parafie ;F za Hubami. Muszę przyznać, że przyjaciele z Wrocławia przyjęli mnie super zwłaszcza, że dołączyłem się do wycieczki ponad normę i to w ostatniej chwili... zajęcia miałem w ten weekend:D Tak więc wielka dziękówa powiedziałbym, że zrewanżuje się jak przyjedziecie ale od tego czasu już z co poniektórymi piłem:)
OK 21 z dobrym humorem już przejmują mnie znajomi Ślązacy i zaczynamy gdzieś krążyć po knajpach, dyskotekach, pijem i bawim ogólnie (swoją droga od mojej ostatniej wizyty to Wrocławianki się wyrobiły:)). Biegamy gdzieś od knajpy do knajpy, nie biegamy to złe okręslenie, najpierw była jazda, a później to ja już latałem... wylądowałem w spiżu na koniec i przybiłem gwoździa po mocnym spiżowym (czarne piwo!!!!), wychodzę się trochę przewietrzyć i nagle ni stąd ni z owąd rzuciła się na mnie betonowa ławka na rynku. Jak dostałem po goleniach!!! Niech ją dunder świśnie hyhy. Noc kończę kontuzją goleni – lekkie stłuczenia i zdarta skóra do krwi.
W dzień meczu po ciężkiej nocy wstaje... nie wiem o której ale wcześnie już dawno nie było. Jedziemy na jakąś pizze... z piwem oczywiście, odwiedzamy grób śp. Rolika i zapalamy kilka zniczy. Spotykamy resztę kumpli, jedziemy jeszcze na jakieś browarki i obieramy kierunek stadion.
Pod stadionem masa znajomych, śpiewy, jak zwykle sporo przypadkowych osób jeżdżących od święta, a robiący tylko bydło... powinno się ich lać niezależnie od barw i dobrze, że co poniektórzy dostali bo co to ma być, że flagę zdejmuje, albo dymi najebany do chłopaków z Silesii.
Na meczu doping momentami całkiem niezły, ale większość meczu trochę przez alkohol, trochę przez pogodę średni. Jakby mało było tego, że był mega wypizdówek, pizgało śniegiem to jeszcze jednej dziewczynie czapkę odstąpiłem więc na stadionie wytrzeźwiałem na cacy i ratowałem się gorącą herbatą i chyba spaghetti... albo bigosem... no kiełbasy w każdym bądź razie nie było:)
Mecz o dziwo przegrywamy, ale dla mnie to była sprawa naprawdę drugorzędna wtedy i cieszyłem się ze zwycięstwa Śląska.
W trakcie meczu swoim geniuszem organizatorskim wykazał się jeszcze dimetyloperhydrofenantren S. który będąc naje...jak działo ponad 400 km od domu potrafił zorganizować busa na powrót. MISTRZ.
Powrót w podobnym składzie co na początku, część osób śpi, ktoś z tyłu niemiłosiernie chrapie, a my przez całą podróż mamy beke, śpiewamy i pijemy do samego Krakowa!!!
Nie obyło się bez promocji, najpierw w Warsie snickers i o mało co lane piwo:D A później standardowo na stacjach. Bus porównywalny do tego z Zagłębia Lubin sprzed chyba dwóch sezonów. Na pewno warto było jechać! Pozdrowienia dla wszystkich z którymi wtedy piłem i się bawiłem... no i dla kanarzycy mojej:*