Na obydwa mecze wyciągam kumpla który od pamiętnego meczu Zagłębie – Jaga miał okres posuchy wyjazdowej. Mimo iż zdecydowana większość wiślackiej braci wybrała prostą drogę do Gdańska ja postanowiłem troszeczkę urozmaicić sobie wyprawę, co czas pokazał o wiele bardziej niż planowałem. Do Wrocka jadę prosto po pracy (kumpel pojechał rano). Wybiła godzina 21:00 i wybiegam z tyrki z pełną torbą i zasuwam ile sił w nogach na busa, ostatnie 200 metrów i... widzę jak mi odjeżdża! Myślę sobie, spoko, zdążę. Mija 10 minut, jedzie następny bus... nie zatrzymał się. Już lekkie wkurzenie jest, na szczęście chwile później jechał kolejny i na dobiegnięcie na dworzec mam jeszcze całe 5 minut (w sam raz na kupienie mineralki i dwóch drożdżówek, bo po co jeść więcej po całym dniu pracy). Pakuje się do pociągu, widzę jakąś ekipkę, po twarzach nikogo nie poznaję więc idę kilka przedziałów dalej. Pociąg rusza i słyszę STALÓWKA!! STALÓWKA!! Kitram smyczkę, siedzę jeszcze chwilę i gadam z kilkoma osobami, później spacerek po pociągu, mijam przedział stalówki, widać, że 10 osób raczej kumatych, ok 25 lat i kilku trochę gorzej się prezentujących. Jak się później okazało kawałek dalej mieli nieprzyjemności ze Śląskiem.
We Wrocławiu melduję się w środku nocy, przy wysiadaniu zauważyłem, że jeszcze kilka osób z Wisły jechało gdzieś w pociągu. Na dworcu odbiera mnie młoda Silesia i idziemy na rynek coś przegryźć i podziwiać wrocławianki w nocnych klubach. Zamiast do miejsca docelowego trafiamy do mieszkania przy samym rynku i przyjmujemy silnie stężony alkohol, litr na dwóch. Trochę gadamy i jeszcze jesteśmy spokojni, ale równo ze wschodem słońca zaczynamy zapewniać atrakcje sąsiadom i przypadkowym przechodniom. Darcie się do ludzi, śpiewy (słoneczko już wysoko, śnieg pięknie błyszczy się:)) w momencie gdy zauważyłem 3 osoby w barwach Lechii i Śląska poleciało JAGIEEEELOOOONIAAAA, JAGIEEEELOOOONIAAA. Inna sprawa, że Śląsk dokończył „jest zboczona”. Później w mieszkaniu robimy małą awanturę na dezodoranty, itp. Aha w ogóle to jakaś Ania u nas spała ale nawet na śniadanie nie chciała zostać:) Po skończonym dymie szef kuchni serwuje tosty francuskie i jajecznicę z dwóch jajek i 0,5 litrów oleju:)
Wybijamy na rynek bo Motor miał przyjść to żeby nas nie lali... pffff:D, Śląsk się rozdziela, a ja jako przewodnik biorę się za oprowadzanie ziomków.
Pierwsza atrakcja turystyczna – Spiż. Zostaliśmy tam do meczu.
Dużo piwa:)
W okolicach stadionu meldujemy się prawie 2 godziny przed meczem, picie na osiedlu gdzie pierwszy raz widzę sytuację żeby psy tam wjechały. Tracę 2 piwa, ale mandatów nikt nie łapie i zrywamy się kilka bloków dalej. Później wchodzimy na stadion i tutaj już spotykam resztę znajomych, trochę gadamy i podśpiewujemy.
Doping cały mecz na dobrym poziomie, gniazdowy (Jubas) miażdżył po prostu! Teksty rzucał takie, że zamiast śpiewać czasami po prostu laliśmy ze śmiechu:D „oszczędzamy się, lololo, spokojnie, lololo i EUFORIAAAAA!!:DW Laskowicach dosiada się pierwszy Lechista i kończy się dwugodzinny sen i pora zacząć znowu pić. W Gdańsku meldujemy się już mocno zmęczeni i w oczekiwaniu na jeszcze 2 osoby idziemy do najbliższego pubu, jakiś Big Johny czy coś. Syf taki, że kleimy się do stołów, jakiś żul od rana nawalony coś śpiewa, kibel na zewnątrz, za to cena kawy jak w Sheratonie... 8 złotych za kawę rozpuszczalną bez cukru w kubku plastikowym... Lechia to burżuje i stać ich na to żeby nas gościć w takich drogich miejscach i jeszcze piwo tam brać;) (pozdro P.). Szybka przekąska w Mac Syfie, odbieramy A. i S. i idziemy do hotelu. Tylko ja znam drogę, a promile we krwi mnie w tym umacniają więc prowadzę wycieczkę i tłumaczę, że to tylko kawałeczek do przejścia. 3 przystanki i w lewo. Wsiadamy w SKM jedziemy z Głównego do Wrzeszcza bodajże, później jakimiś krętymi uliczkami, dochodzimy od strony „Degustatorni” do starówki i... lądujemy w miejscu skąd wyruszaliśmy. Żeby było śmieszniej kilka sekund wcześniej powiedziałem, że to jeszcze 3 przystanki i w prawo:D Spotykamy na szczęście kilku kumplów z Lechii i jedziemy samochodami do hotelu.
3 przystanki i w lewo... wiem gdzie jesteśmy.
Powitanie piwem i wódką, budzimy resztę lokatorów, stacza się J. I padamy ze śmiechu! Z przodu łeb wygolony na papieża tył pocięty w paski i jakieś dziury wycinane gdzie się tylko dało. Szybka kąpiel i jedziemy na obiadek do Parmy i piwkujemy z Lechią. Później mała luka w pamięci i wiem, że trafiam do Maksa gdzie picie nabiera szybszego tempa, przyjeżdża po mnie później druga ekipa Lechii która mnie porywa i pijemy na Traugutta, a później zrywamy się odpocząć w KFC gdzie jeden osobnik przybija gwoździa i robimy sobie sesje zdjęciową z żydowskimi dziećmi.
Na mecz wchodzimy w ostatniej chwili i wychodzimy chwilę później. Ja wyszedłem przed przerwą, ale znam agenta który wszedł, zobaczył murawę i wrócił pić:) Chlejemy z Lechią na hali, później w Parmie i koniec w hotelu, ale bez katowania.
W poniedziałek wyruszamy na zwiedzanie, zobaczyłem stocznię po raz kolejny, okazało się, że muzeum jest zamknięte więc idziemy pić dalej z dłuższym posiedzeniem w „Degustatorni”, a później na budach. Finisz jak zwykle w hotelu do bladego świtu. We wtorek wytrwale wyjeżdżamy ok 11 na zwiedzanie Gdańska, tym razem udaje nam się wejść do muzeum i później podziwiamy jeszcze panoramę Gdańska z Gradowej Góry... później znowu pijemy. W domu melduję się przed 8 rano w środę... wyjechałem o 12 w piątek więc wyjazd dobry:)
Podsumowując, wielkie dzięki dla Śląska za gościnę mimo zmęczenia, beka z jajecznicy trwa... kibice z Wrocławia i bracia z Gdańska;P