Nie wiem czy powinienem spisywać wydarzenia z ostatniego weekendu, a tym bardziej na blogu publicznym, ale po kilku dniach gryzienia się z myślami dochodzę do wniosku, że nawet w formie okrojonej należy to gdzieś zapisać (nie tylko w zawodnej, pijackiej pamięci). Z góry zaznaczam, że sporo faktów celowo pominę, a obecne osoby nie wyjdą na jaw.
Jakiś miesiąc temu dostałem z kilkoma osobami zaproszenie na pewną grubszą, kulturalną, ostatkową imprezę i od razu wiedzieliśmy, że choćby skały srał, a pindole na czoło nam się sypały to musimy jechać! Po sporych rotacjach składowych zaczynamy „wyjazd” w piątek wieczorem.
Z powodu naszej kiepskiej organizacji o kuszetkach możemy tylko pomarzyć i ja z B. ciśniemy 11 godzin przez Polskę w pośpiechu bez ogrzewania. Oczywiście tradycja wyjazdowa zachowana, barwy są, browar od początku podróży i okupacja przedziału. Trasa właściwie bez historii jakoś tam leci, chwile kimamy, podziwiamy zmrożoną Polskę, jakieś łanie (Animal Planet2) i zamek w Malborku... za mgłą więc nie ważne z której strony miał być. Dojeżdżamy do Mławy i B. rzuca hasłem „Była by beka gdyby teraz Ś. Wsiadł”... Jaka Polska wielka i biała i ile pociągów po niej jeździ tak po 10 sekundach na stacji widzimy Ś. wraz z całą Mławską ferajną. Łapiemy się za głowy, Ś. już ma głupi uśmiech na twarzy, wsiadają do nas i dowiadujemy się, że cały czas 2 przedziały wcześniej jechał z nami Nowy Targ hehe. Zaczyna się chlanie, robi się biało zielono, zaczynają lecieć bomby, wódka ze szklanek i na stacji w Tczewie już jesteśmy dobrze porobieni. Mława ledwo trzymając się na nogach wysiada, razem z Nowym Targiem udawali się na turniej do Tczewa. Uprzedzając troszeczkę fakty dodam, że Mława w całym turnieju oddała trzy strzały na bramkę:)
Mijamy Gdańsk Główny i tutaj się zaczynają moje pierwsze problemy z pamięcią bo nie pamiętam gdzie wysiadamy:D odbierają nas chyba A.S.S. i S. (hehe ciekawe kto sobie poradzi później z tymi skrótami) zaczynamy piwkować, jedziemy coś przegryźć i tutaj po raz pierwszy uzewnętrznił się mój stan umysłu – zacząłem smarować sobie kanapkę serem zamiast masłem, a najlepsze jest to, że mi się udało:) Lechiści cały czas pilnują oczywiście, żeby wódka i piwo nie straciło daty ważności i w ciągu godziny tracimy poczucie czasu. Ładujemy się w fury i jedziemy zobaczyć co słychać na turnieju (po drodze oczywiście piwo).
W Tczewie wita nas zastęp psów i suk, dopiero kawałek dalej można spotkać jakieś znajome mordy.
Po przekroczeniu progu spotykam chyba Z. i M. chwile oglądamy jakiś meczyk (Kartuzy z kimś 6:0 wygrywały) i za moment znajduje się z P. z Grudziądza, jakoś czas nam nie dopisywał i zdążyliśmy zrobić tylko browca, ale za to poszliśmy zwiedzać szatnie i można było porównać „odżywki” poszczególnych drużyn, a z jakiegoś FC Lechii nawet miłą dziewczynę poznałem... imienia nie pamiętam, z twarzy nie poznam, numeru nie mam, chciała mi dać szal... zapomniałem:D Docierają do nas jakieś sygnały, że śledzie trafiły gdzieś bluzę w momencie wysypuje się prawie cała hala na zewnątrz, wyrusza jakaś fura na rozmowy, oficjalnie nie było z kim gadać mnie oficjalnie, śledzie teraz też nie pogadają.
Wracam do Gdańska zgarnąć resztę PiZu z południa, a ja czuję, że coraz bardziej udziela mi się to morskie powietrze.
Tutaj mam małą stop klatkę... pamiętam, że odebraliśmy Ż.E. i D. ale zastanawiam się czy dopiero teraz na obiad nie jechaliśmy, pamiętam, że się z czegoś śmiałem, ale już nikt nie ustali o co chodziło.
Dobra tutaj się pojawia dopiero problem bo właściwie to nie pamiętam nic aż do momentu jak się w hotelu obudziłem żeby rzygać i Ż. Mi zwracał uwagę żeby posprzątać i bydła nie robić... ledwo skończyłem, wpadł do łazienki B. z okrzykiem „spier...” i powtórzył mój manewr. Ktoś coś rzucił, że za 10 minut wychodzimy na bal, a ja mam w głowie takie hal, że dramat. Jakoś się ogarniamy, ubieramy się co chwilę odwiedzając tualete. Podjeżdżają taksówki (albo jedna taksówka) całą drogę czyli ok 10 minut walczę ze swoją wątrobą, docieramy do celu... udało się. Wchodzimy do Tawerny, witamy się z każdym po kolei i zwiedzamy łazienkę (znowuż). Zajmujemy miejsca, zaczynają się rozmowy, podają, zupę, kosztuję ostrożnie 3 łyżki... chcę umrzeć, znowuż kibelek. Jedyne co do północy przechodziło mi przez gardło to herbata, czasami nawet w dwie strony przechodziła, a trochę takiej odgrzewanej zakopałem nawet koło statku. Dobra kończę niesmaczna część opowieści i wracając do samej imprezy to naprawdę ekstraklasa! Jedzenie pewnie wyśmienite sądząc po minach innych, alkoholu więcej niż dość, muzyka lajcik, w podłodze wąż:)
Właściwie to za bardzo tutaj nie ma co pisać, pokonałem się i zacząłem szaleć na parkiecie więc też się wybawiłem, kilka kolejnych osób padło, ktoś się z kimś przytulał, ktoś inny miód z ucha wyjadał, o północy wjechała na parkiet pieczona świnia wokół której 40 wariatów skakało i wyzywało ją:D Później była jakaś raca, zacząłem pić drinki, odżyłem i wytrzymałem na imprezie do jakiejś 5:30 czyli do końca. Wracamy do hotelu wyposażeni w jedzenie, alkohole i masę innych rzeczy (np. po 4 smyczki). Jako JUŻ najbardziej obecny duchem sam wszystko taszczę na górę, kładę żarcie na podłodze i tutaj ma miejsce dosyć zabawna sytuacja. O tyle o ile B. po prostu walnął się zgona na łóżko, o tyle jak powiedziałem D. żeby nic nie zdeptał swoimi buciorami to słowa dotrzymał... zahaczył o próg w drzwiach i wyłożył się jak długi na całe jedzenie przez co rano mieliśmy już śniadanie właściwie nałożone:)
Po całych 4 godzinach snu Ż. Mnie budzi żeby iść na miasto (cwaniak bo wcześniej uciekł z imprezy i nie musiał walczyć, O! Odnośnie walk to alkohol tak nam się rzucił na wzrok, że w Gdańsku już widzieliśmy czapki Widzewa i kogoś tam jeszcze). Wstaję, jem w końcu coś normalnego i otwieram porannego specjala. Udajemy się w czwórkę na starówkę, D. po drodze zalicza check pointy kolejno po wyjściu z hotelu, po wybiegnięciu z autobusu, na kolejnym przystanku, na rynku, koło fontanny Neptuna i Bóg jeden wie gdzie jeszcze. Walimy kilka fot, znajdujemy lokal w którym się bawiliśmy, a jako, że piździ nieziemsko szukamy jakiejś otwartej knajpy ( o 9 to tylko yakuze otwierają). Pakujemy się do Sphinxa jakieś pół godziny przed otwarciem, jemy coś, pijemy, D. zalicza kolejnego check pointa:D
Kiedy mieliśmy już wracać i czekamy na przystanku na autobus słyszymy, że ktoś się za nami drze. Patrzymy, a to reszta patologii która nie była obecna na balu nas namierzyła i witaja nas na środku drogi wódką i browarami:) Jedziemy do knajpy nad morzem, D. znowuż znaczy teren, ja biegam trochę w podkoszulku po polu czyli generalnie dalej chlejemy. Towarzystwo się zjeżdża, wraca pomysł kąpieli w morzu i skończyło się na tym, że był zakład o drożdżówkę, że nie wbiegniemy... no i wbiegliśmy:) Ubaw po pachy, 3 patoli z Zabierzowa na waleta pakuje się podczas zamieci śnieżnej przy minusowych temperaturach do morza:D Rozgrzani kąpielą wracamy do knajpy i dalej sączymy piwko.
Kiedy przychodzi mój czas na powrót do domu, zahaczamy o hotel, dostaję jakieś browce na drogę (dojechał jeden) i udajemy się na dworzec gdzie po raz kolejny spotykam Mławę i Nowy Targ. W pociągu wspólna impreza. W Tczewie niby jakieś gratisowe śledzie miały stać ale jak to mają w genach... szybciej się zerwali.
W Zabierzowie melduję się przed 9 rano, na 12 jadę na rozmowę kwalifikacyjna w sprawie pracy i pół przytomny... dostaję ją hhehee.
Naprawdę był to weekend kandydujących do miana najlepszych w życiu:)
DZIĘKI ZA WSZYSTKO JESZCZE RAZ!!!