CZTERY RAZY PO DWA RAZY:)

2009-08-18 23:38:17

Pora się wziąć za nadrabianie prac... 4 mecze do streszczenia, a pierwszy jeszcze w poprzednim sezonie. 2 piwka wypite więc myślę, że pamięć się obudzi i jakoś uda mi się to przelać na papier... w XXI wieku można zapisać setki tysięcy stron nie wykorzystując ani jednej kartki papieru, włot technika:)

Dzień po fecie mistrzowskiej: Unia Tarnów – Hutnik Kraków bodajże... na Unii byłem chyba 2 razy więc powinien to być Hutniczek.

Świętowanie mistrza ze zgodowiczami skończyło się dla mnie ok 15 godziny, mecz był o 17 albo o 18. Od 14 mniej więcej już telefonicznie ustalałem z A. z Miechowa, że wypada jechać, podzielał moje zdanie, do tego to nasz lokalny rywal więc nie srajmy po krzakach! Wpadamy z Lechią na pożegnalne piwko popołudniowe do Ż. gdzie nasza ekipa się rozjeżdża, a ja jade z kilkoma szerokimi kotami z Gdańska w stronę Krakowa i cisnę na dworzec gdzie umówiłem się z A. Obydwoje zdążyliśmy na farta, bilety kupujemy już w pociągu, spotykamy wiślaków, ale raczej trzymamy się z boku rozmawiając o poprzednim dniu. W pociągu wyjątkowo zamiast piwa woda mineralna;] Po godzinie z haczykiem jesteśmy w Tarnowie, widzimy jakąś grupkę w biało niebieskich barwach na kładce przy stacji i raczej na Unie stawiamy, ale pierwsze odczucie było nieprzyjemne i zła mina się pojawiła. Idziemy w stronę stadionu... całe 200 metrów i zonk, nie ma nigdzie sklepu z jedzeniem, że o piwie już nie wspomnę, a na stadion z okazji meczu podwyższonego ryzyka zaczną nas wpuszczać dopiero godzinę czy tam 30 minut przed rozpoczęciem. Czekamy grzecznie, kupujemy bilety, całkiem fajne, jak się później okazuje, Unia drukuje je jedynie przy ważniejszych meczach (ten był pierwszy), normalnie są paragony. Po chwili widzimy Hutnika przemieszczającego się w kordonie do klatki, cały czas coś śpiewają, ale naprawdę dobrze zaprezentowali się dopiero w sektorze gości z jednakowymi szalami i głośnym dopingiem. Ja z A. siadamy koło młyna i prosimy żeby dzisiaj za głośno nie śpiewali... nic z tych rzeczy, Unia się spięła, wszystkie zgody poprzyjeżdżały w niezłych liczbach, Wisły niecała 100 więc hzg jak na nasze możliwości, ale mniejsza z tym. Dunia sporo ultrasuje, sektorówki, łącznie z piro, częste pozdrowienia dla Wisły. My po kilku okrzykach odbijamy całkiem na bok i gadamy ze znajomymi z Q. I Unii, w przerwie idziemy na hot dogi i picie... w sumie zostawiliśmy tam z pół stówy tak nas kac męczył. W drugiej połowie zasiadamy na trybunie VIP... tutaj nie śpiewają i jakaś fajna laska siedziała sama... Pod koniec meczu wracamy jednak do serca stadionu... nie na murawę tylko do młyna, coś tam udajemy, że dopingujmy... 90 minuta, koniec meczu. Powolutku wychodzimy ze stadionu i zauważamy że co poniektórzy wychodzą szybciej. Mówię, A. chodź, biegniemy, a on, że dajże spokój i tak nic nie będzie. No ale skoro i tak pobiegłem to ruszył się za mną, dobiegamy pod sektor gości, a tutaj kopanie po ogrodzeni, wymiana gałęzi i kamieni, od razu kac mija i A. się obudził jakby mu ktoś 5 piguł podał... co się dziwić jak człowiek trochę czasu na Hutniczym osiedlu spędził. Dalej to już standard, gumiory walczą z psiarnia i próbują sforsować ogrodzenie, my i Unia ze wszystkich stron praktycznie nacieramy ale posiłki policji nas przeganiają , zaczynają strzelać i trzeba się zrywać. Spore zamieszanie i dopiero znaleźliśmy się po wszystkim na peronie. Psy na szczęście nie robiły problemów i można spokojnie wsiadać do pociągu. O tyle o ile my jedziemy spokojnie to nasi młodzi trochę szaleją i uprzykrzają przejazd reszcie pasażerów. Dojeżdżamy na dworzec i oczywiście kilku wkurzonych komarów gdy tylko usłyszało, że Hutnik przyjechał zaczęło palić wroty. Dla nas powrót spokojny i jedyny raz kiedy biegaliśmy to był atak na sektor gości, z dworca przed gumiaczkami nie chciało mi się już uciekając więc idziemy melanżowym krokiem... kolejny piękny dzień na kibicowskim szlaku.

http://www.youtube.com/watch?v=2vfS6Ezcg3s


Kolejność nie chronologiczna ale skoro jesteśmy już w Tarnowie to przejdźmy do meczu Unia – GKS Tychy. Ja miałem delikatne ciśnienie na ten wyjazd, bliziutko, Tychy – zgoda pejsów, no i początek sezonu. W planach był pociąg, później była mowa o samochodzie ale transport padł... dałem ogłoszenie na forum i po 2 minutach pisze do mnie kumpel czy dalej chce jechać. Jak Ż. dowiedział się, że jadę furą i w towarzystwie P. i E. to od razu złapał za telefon i wypytywał o jeszcze jedno miejsce dla wygodnego człowieka. Ekipka się zebrała, miejsce zbiórki... Salwator no to AJDA! Wstępujemy do pewnego sklepu monopolowego gdzie stajemy przed półkami jak dzieci przed zabawkami i nie wiemy co wybrać, a na wszystko nas nie stać. Wybieramy sobie jakieś śmieszne browary i idziemy w stronę wehikułu po drodze mijając wredne mordę każdemu wyglądające na żydowskie. Ż przechodzi przez środek drogi przed radiowozem policyjnym, ale skoro nic się nie dzieje to już lekko rozbawieni tą sytuacją ruszamy w trasę i rozpoczynamy degustację. Ledwo ruszyliśmy i już wpadliśmy w korek. Normalnie może bym się wkurzył, ale tak to mogliśmy dokupić więcej piwa na szybkich postojach. Na mecz docieramy w sam raz, zamieniamy kilka zdań ze znajomymi, gadki na sektorze, kilka razy pokrzyczeliśmy coś, są sektorówki i pirotechnika, a na koniec nawet płonące ławki. Unia na meczu prezentuje się całkiem dobrze natomiast GKS Tychy ze zgodami to tak połowa tego co HKS w poprzednim meczu, ilościowo 400 z 2 flagami, doping dla nich zaczął się w okolicach 90 minuty od kilkukrotnego pozdrowienia Wisły, 2 razy krzyknęli coś o żydach, coś o Sandecji, o Tyskich i znowu o Wiśle. Tym razem sami patrzyliśmy czy nie będzie okazji żeby się przebiec pod sektor gości ale goście mieli to w dupie i nawet się nie napinali bardzo przez ogrodzenie więc wracamy do Krakowa i piwkujemy do oporu. Podróż powrotna mija wyjątkowo przyjemnie bo kumpel nam podrzucił dziewczynę na drogę;)

Wisła Kraków – Ruch Chorzów w Sosnowcu
Zaczęło się, mecze Wisły rozgrywane w Sosnowcu, na Levadii mnie nie było (gdybym wiedział, że nasi kopacze planują odpaść to bym się bardziej spiął i pojechał) więc wiślacki sezon rozpocząłem dopiero tym meczem. Śmierdzieli jakoś wyjątkowo nie lubię, ale darzę ich dużym szacunkiem za to co prezentują na wyjazdach. Tym razem sektor gości świecił pustkami więc musieliśmy sami sobie robić za tło. Kryta siedziała przez cały mecz cicho więc w pewnym momencie tak zaczęliśmy śpiewać, że odpowiadało nam echo a my echu (np. długie Wisła na dwie strony bez drugiej strony).
Doping z naszej trony dobry ale co tu dużo pisać o meczu w którym jesteśmy tłem dla piłkarzy. Doping doby jak na naszą liczbę, transparent ze słowami Reymana, ja się opalam prawie cały mecz, a w przerwie jem kiełbaskę więc piknik pełną gębą. Jedyny moment kiedy coś ciekawego się działo to jak nas jakiś dwóch typów kamieniami i butelkami obrzuciło w drodze na stadion, jeden się odwraca i zobaczyłem napis Legia... no i rura za typami. Założenie było takie, że ich tylko postraszę i zobaczę czy się postawią ale skoro z kordonu udało się wybiec, a za mną jeszcze kilka osób w tym dobry ziomek to myślę jedziemy ile wlezie. Małe rozeznanie w topografii osiedla, drzwi dostają nóg, kosz na śmieci uczy się latać, po Legii i Zagłębiu ani śladu. Wracamy spokojnie do kordonu bez przypału.

Wisła Kraków – GKS Bełchatów w Sosnowcu
Mecz się nie różni praktycznie niczym od tego wcześniejszego poza tym, że słońce mniej grzeje, nikt się już nie napina do nas i trochę więcej osób pojechało. Z wydarzeń godnych odnotowania dodam, że przed meczem zaliczam dwie knajpy w sosnowcu w pełnych barwach. Knajpa numero uno dziadki się boja o piwo, reszta towarzystwa ewakuowała się ogródkiem, knajpa numero due, pijemy po 4 piwa, drapiemy wlepy Legii i podziwiamy piękne sosnowiczanki;]
Na meczu w drugiej połowie organizujemy zbiórkę na dzieciaki z Gdańska które przyjechały do nas na wakacje i cała Armia Białej Gwiazdy mnie bardzo mile zaskoczyła i było widać, że do Sosnowca jednak nie jeżdżą przypadkowi ludzie, każdy daje z siebie wszystko jeżeli chodzi o doping, przy zbiórce na oprawę średnia wyszła ponad złotówka na osobę (w Krakowie nie osiągalne chyba), a teraz przy zbiórce na dzieci wrzucał każdy ile mógł, a wyższych nominałów po 10,20 i 50 złotych tez nie brakowało i czasami dawały takie kwoty nawet łebki które widać, że dopiero zaczynają jeździć na mecze i kieszonkowe jest ich jedynym źródłem dochodu. Nie wiem jak zbiórka wypadła, ale dla każdego kto się przyłączył z mojej strony WIELKI SZACUNEK.
Po meczu powrót wyjątkowo samochodem i mały melanż, miało być jeszcze after party u mnie ale po 1 piwie wszyscy padliśmy:)


Na zakończenie moje spostrzeżenia odnośnie Sosnowca:
Nie biadole jak dużo osób, że daleko, że czas, że pieniądz i chuj do dupy Polska gola... 35 zł za przejazd z biletem to taka sama cena jak na Reymonta22. Czas? I tak większość przed meczem zaczynała w knajpach więc teraz może pić i śpiewać w pociągu. Daleko? 2 godziny pociągiem i „wyjazd” czyli sól kibicowania, dla mnie nie ma nic lepszego. Cieszy fakt, że dużo nowych osób się nakręca na jeżdżenie za Wisłą i to cieszy bardzo, jedyne czego im mogę dzisiaj życzyć to tego samego czego brakuje wielu starszym wyjazdowiczom.... wytrwałości. 

JEBAĆ LENISTWO – TYLKO WISŁA

 

 

Wiadomość trochę spóźniona odnośnie wyników zbiórki na dzieciaki. ZEBRALIŚMY GRUBO PONAD 1200 ZŁ i żsrednia wyszła ponad 1,5 zł na osobę. Jeżeli chodzi o średnią to chyba rekord!! Gratuluję Wszystkim (w tym sobie) :)


skomentuj (1)
Strona główna