Cóż za piękne miasto nad Motławą leży

2009-05-29 10:57:23

Na ten wyjazd zdecydowana większość wiślaków czekała od pół roku, może również dlatego, że nie było nam dane zasiadać na sektorach gości. Nie zmienia to jednak faktu, że takiego meczu nie było od dawien dawna i każdy czekał z utęsknieniem na to spotkanie. Mecz w Gdańsku wypadł nam w sobotę, do tego pod koniec mają więc pogoda idealna na mecz zgodowy.

Wyjazd rozpoczynam prosto po pracy we wtorek. Standardowo z odjazdem pociągu otwieram pierwszego browara. Zanim dojechałem do Trzebini poznałem już wielkich huulsóf z Sandecji i Stali Mielec, większych debili dawno nie widziałem ale stwierdziłem, żelepiej pogadać z kibicami niż warszawiakami dla których najważniejsze było to czy będą mieć szybka kolej na EURO2012, albo, że nowy siemens jest zajebisty ale też się psuje... Jadę sobie więc z tymi dwoma głupkami, za dużo się nie odzywam i słucham o tym jak całe podkarpackie się połączy i jacy to będą silni, ale jak usłyszałem, że Korona ma najlepsza pakę w Polsce to poszedłem pic samemu do przedziału i więcej z nimi nie gadałem.

Wjeżdżając do Pruszcza Gdańskiego poczułem się niemal jak w Krakowie bo pierwsze co mi się rzuciło w oczy to wielki napis ANTY JUDE.
Nie licząc tego, że byłem trochę połamany po spaniu na siedząco to trasa minęła nawet szybko. W Gdańsku byłem rzęski niczym jeżyk o porannej rosie;) Na dworcu odbiera mnie P który zmiażdżył Clarcka w 1700 odcinku „Mody na sukces”, dla niektórych po prostu Michał;)
Po wstępnym ogarnięciu się i śniadaniu mistrzów jedziemy zwiedzać Westerplatte, (tutaj już mi zaczął permanentnie towarzyszyć specjal) jakieś tam gadki i podbija do nas przewodnik, mówi, że jest z rocznika '28 i czy jesteśmy z daleka, na co odpowiadamy, że nie bo spod Krakowa:) Najpierw próbuje nam opylić jakiś przewodnik, później się pyta czy wiemy dlaczego tutaj nie ma już czołgu?
P. zaciekawiony pyta się:
No właśnie to jakaś zorganizowana akcja była czy tak po prostu?
A co to ruskie kacapy broniły Westerplatte, że ich czołg ma stać?! Polskie działo tutaj będzie!

Po tej ciekawej lekcji jeszcze chwilę zwiedzamy po czym jedziemy podziwiać współczesną architekturę typu Galeria Bałtycka i KFC.
Wbijamy się na chatę do G./Dż. (kwestia pisowni) i widzę po raz pierwszy podręczny arsenał małego kata: 6 palet, specjala, dużo wódki i jakieś przepojki. Zaczynają się kibicowskie nuty, filmiki na YT i jak to w Polsce pod koniec maja... mamy gradobicie za oknem!!
Następnym przystankiem w Gdańsku było wieczorne posiedzenie przy Traugutta gdzie pomagałem troszkę w przygotowania do przyjazdu wiślackiej patologii:) Wiążemy smyczki, oglądamy mecz, pijemy wódkę, Wisła upada na stół po raz pierwszy... jedziemy bodajże do Pruszcza (już północ była) gdzieś coś jemy i pamiętam, że też była dobra beka w tym snack barze i mój tekst jak leżałem na chodniku i ciężko oddychałem i się śmiałem, że zwiedzam:)
Po całym zwiedzaniu kładę się grzecznie spać ale miednice miałem pod ręką. Rano obudził mnie Ż. Dzwoniąc i śpiewają „Jak dobrze wstać skoro świt...” pojęczał mi do telefonu chwile, otworzyłem w końcu oczy... i pierwsze pytanie to „gdzie ja kurde jestem?”. Do śniadania okazał się niezbędny energy drink ponieważ miałem drobne zachwianie tożsamości. Ok 10 jedziemy odebrać resztę PiZu po drodze już spotykam sporo znajomych mord zarówno z Gdańska jak i Krakowa i Skawiny.
Wspólna szama, pijaństwo na dobre dużo śmiechu. Dopóki piliśmy grzecznie piwo i wódkę było ok. ale jak Christiano Ronaldo wrócił z Rodos i poprzywoził metaxe to nam trochę gardła wypaliło i chyba zaraz po tym poszły pierwsze pawie. 

Ustalamy, że pasuje w końcu normalnie zwiedzić trochę Gdańska, a nie tylko pić, M. był na tą okoliczność świetnie przygotowany, pewnie kuł do 3 w nocy i oprowadził nas po starym mieście, opowiedział historię rodu szlachciców... tych od trzech łbów świńskich. W każdym bądź razie pamiętam. Poznaliśmy faktycznie kawałek historii, co kiedy płonęło, kto z kim się prał, najważniejszym, a na pewno najśmieszniejszym punktem wycieczki była wieża mariacka i jako zabytek nie sakralny doczekała się drobnego tuningu ręką kibicowską.

Po 460 czy ilus tam schodach ukazuje się nam piękna panorama Gdańska, od razu dostrzegamy kominy z których unosi się dym ostatnich żydów z pieca. Wycieczka szkolna która miała szczęście spotkać się z nami nasłuchała się trochę o kibicach, żydach i murzynach, nauczycielka była lekko zniesmaczona naszym przewodnikiem i sposobem przekazywania informacji, że w bunkrach szkolono Hitler Jugen i oni później żydów ze sprzętem jebali to zaproponował dzieciakom żeby ubrali jej wiadro na głowę. Pamiątkowa fotka na górze i schodzimy już z głupimi pomysłami w głowach i antysemickimi dowcipami w kościele. Idziemy na piwko gdzie tym razem wzięcie mają staruszki i są namawiane żeby się przysiadły na jednego. B. od nas dostaje zgodowe barwy Polska – Izrael, traci je jednak później w solówce... z kobietą. Nie wiem co tam dalej w środę robiliśmy bo ciężko mi skojarzyć fakty ale na pewno było dobrze bo nie pamiętam jak położyłem się spać.


Czwartek.
Pobudka chyba wcześnie... O ile dobrze kojarzę fakty to odbieramy reprezentację Azorów i Bronowic, idziemy na szame tam gdzie zwykle, ostro pijemy. P. nie chciał pić to usłyszał, że nie szanuje mamy pewnej osoby. Mówi chłopak, że on jej nawet nie zna to usłyszał 90-60-90, 2 razy sektor D, a później było jeszcze grubiej. Biegamy jak debile za samochodami, śpiewamy babci pod oknem serenady.
Znowu pijaństwo tam gdzie zwykle z tym, że tym razem dochodzą do tego jeszcze papierzaki B. gazowanie połowy restauracji i bezcenny widok jak pies myje ręce w obszczanej mydelniczce i umywalce:D G. dostaje telefon, że ktoś się kąpał nago w strumyku i mówi, że nie można tego tak zostawić i trzeba ich pobić. Trzeba wymyślić coś głupszego. W głowach narodził się pierwszy turniej Reb Bull X-Fighters wersja PiZ. Pomysł jest taki żeby powtórzyć wyczyn B. z zeszłego roku kiedy kąpał się pod Wielkim Młynem tyle, że teraz chcemy iść ze sprzętem. Mamy czepek, okulary, ponad trzydziestoletnią wanienke dla dzieci i liny holownicze. Crash testy robiłem osobiście w tesco bo tam jest tanio kuresko. Wejście w czepku i okularach a'la Crazy Frog do sklepu musiało przykuć uwagę reszty ludzi. Trochę testujemy różnego rodzaju miski, deski i takie tam na podłodze, kopiemy piłką po lampach i kupujemy koleje browce.
Jedziemy na miejsce spotkania, a tam już zło. Filmik może iść do Majewski Show – końca nie widać i pytanie prowadzącego: „Co zrobi ten debil w czepku?
a) skoczy na główkę
b) zjedzie na dupie
c) wyciągnie żółtą dziecinna wanienke i na niej zjedzie
d) ekierka

Red bull x fighters był hitem tego co na razie zrobiliśmy w Gdańsku więc mogliśmy iść na karaoke to uczcić. Generalnie przejeliśmy lokal, dziewczyny trochę się awanturowały, że nie jesteśmy na stadionie, kibole, chamstwo i tak dalej, a one chcą śpiewać. A my najebani „Białego misia”! Jak DJ w końcu puścił „Białego misia” to mało kto znał oryginalne słowa i melodie. Barman zaczął nam stawiać browce, jakis gość sobie śpiewał jak zabraliśmy się za picie, gość naprawdę ma talent! Kiedy popiliśmy nie było już, że boli, dorwaliśmy się do mikrofonu, później do Djki a przed zamknięciem już leciał Rudolf Hess i Hezbollah:D Zapomniałem dodać, że przed karaoke zaliczyliśmy jeszcze morze o północy. Po całej imprezie i zamknięciu budy wychodzimy na świeże powietrze, deszcz pada to my tez polewaliśmy. Podupadliśmy na zdrowiu...

Piątek

Na piątek oprócz standardowego planu dnia typu picie mieliśmy jeszcze zaplanowany na mecz piłki halowej Pijana Wisła – Lechia Gdańsk. Wynik chluby nam nie przyniósł, jedynie kilka poważnych kontuzji, moje 4 bramki, mały striptiz na trybunach i dużo śmiechu.
Wieczorkiem wpadamy na grilla do G. który po prostu rozbił mi konstrukcję nadgarstków, masa różnego alkoholu, szama jak z sheratona, pirotechnika, urodziny P. z NH, impreza rozrosła się do tego stopnia, że cały ogródek, dom i okoliczne ulice były opanowane przez Wisłę i Lechię. Pierwszy raz byłem na takim umacnianiu zgody, że cały czas dojeżdżali się jacyś ludzie, a mama gospodarza zapodawała z okna na piętrze ARKA GDYNIA KUR.. ŚWINIA!!! nad głowami powiewają nam ręczniki w barwach zamiast flag, zaczynamy wspólne śpiewy, później robimy doping na dwie strony (dzieliło nas ogrodzenie bo wszyscy w ogrodzie się nie pomieściliśmy). Zaczęło się od prostego HSV, a później w ramach umacniania zgody wyzywaliśmy się od żydów i kurw, jako, że w pierwszej linii ogródkowej stały dziewczyny to poleciały standardowe przyśpiewki żeby pokazały to i owo, później było szydzenie już po ksywkach, trochę trzęsiemy ogrodzeniem i rzucamy jakimiś drobnymi sprzętami (w końcu zgoda). Wszystko się kończy już wspólnymi śpiewami na PZPN i jakimiś patologicznymi piosenkami. Zabawa była na okrągło.
KOSMOS!!!

Sobota

Dzień meczu nastał... ja troszeczkę spóźniony przyjeżdżam na miejsce spotkania, widze, że impra już trwa w najlepsze więc jem szybko kiełbache, piję piwko regeneracyjne (jedno z 8000) i wyruszamy na statek. Po drodze nas haltują psy, chcą wlepiać mandat ale wyperswadowaliśmy im, że nie muszą dawać nam najwyższej kary i może się skończyć na upomnieniu, trochę się posrały, przyjechały posiłki, ale nie policzyli, że nas w dalszym ciągu jest kilkakrotnie więcej. Idziemy dalej przez Stare Miasto, śpiewy z każdej strony i sami też nie szczędzimy gardeł. Wbijamy na statek, każde miejsce gdzie dało się zawiesić flagę jest wykorzystane na barwy ŚWL. Śpiewy na dwie strony statek – knajpowicze. Na statku nie ma przerwy w piciu tyle, że tutaj nas orzeźwia chociaż bryza morska. Młodej parze przy odpływaniu odśpiewaliśmy jeszcze sto lat i gorzko i od strony gości weselnych poleciało później jakaś piosenka o Wiśle i Lechii:)

Gdy docieramy na ląd odbijamy trochę w czwórkę od Lechii i idziemy na własną rękę na stadion i coś zjeść, wchodzimy do KFC i całkowity przypadek sprawił, że nasza Lechia też miała ochotę na jakieś kubełki i na cały Gdańsk wybrali akurat to samo KFC co my:)

Docieramy pod stadion jakąś godzinę przed meczem, słychać już z daleka głośne śpiewy, stadion zapełniony w komplecie, jak na mecz zgodowy towarzystwo trzyma się całkiem nieźle nie licząc 5 gości którzy nie przeszli przez bramki i kilku osób gdzieś na koronie stadionu wyglądającymi jak zombie. Na trybunach prawdziwe święto, flagi przeplatane Wisły, Lechii, Śląska, jedna Czarnych Słupsk, 2 sektorówki, pirotechnika, flagowisko w barwach Wisły i Lechii, chaos, ogólnie wielki kocioł! Po bramce na 2:1 dla Lechii ziomek do mnie podchodzi i mówi, sory, ja mówie, że nie ma sprawy i dopinguje Lechie, wynik był dla mnie jakoś mało istotną rzeczą. Koniec końców Wisła wygrywa 4:2, na trybunach 12000 z czego Wisły oficjalnie 2100!!!

Po meczu udajemy się do hotelu, komu zdrowie pozwala ten jedzie na imprezę, komu nie bawi się w hotelu;) Ja oczywiście musiałem się wyróżniać z kilku tysięcy pijanych i spoconych kiboli w bluzach chuligana i szalach więc ubrałem koszulę, perfumy, pół buty i tiger do łapy zamiast piwa. Wejście było mocne hehe. To co się działo na hali przechodzi ludzkie pojęcie, alkoholu nieba, kiełbaski, szaszłyki, golonka, nagłośnienie jak w energy tylko muzyka w bardziej kibicowskim stylu. Pirotechnika, tańce, hulanki, swawole do świtu. S. z Ochojna przejął konsoletę Dja i muzyka leciała w 90% biała i kibicowska ale nikt nie płakał z tej okazji. Poleciały jakieś dedykacje od kibiców z Zabierzowa dla wszystkich skinheadów z Grudziądza... Makumba. Jak się bawię to się ze mną bawi cały świat... . Po imprze DJ (nie S.) dostaje gonga na ogarnięcie.

W niedzielę muszę wcześnie wstać i niestety nie zostaję na mecz żużla... o 11 szybkie pożegnanie na dworcu, jadę razem z G. i C. powrót szybki, kanarzyca fajna, alkohol, na wejście do pociągu ktoś krzyczy: UWAGA PROSIMY PRZESIĄŚĆ SIĘ DO INNEGO WAGONU BO W TYM BĘDĄ JECHALI KIBICE, BĘDZIEMY SPIEWALI, ĆPALI, DUŻO PILI I BĘDZIE GŁOŚNO! Jak powiedział tak się stało, później na kolejnych stacjach podczas wjazdu naszego pociągu na peron z głośników leciał tekst POCIĄG POSPIESZNY Z GDYNI GŁÓWNEJ, PRZEZ WARSZAWĘ, DZIAŁDOWO, SĘDZISZÓW, WJEDZIE NA PERON DRUGI, TOR 1, W OSTATNIM WAGONIE SIEDZĄ KIBICE, PROSIMY O ZAJMOWANIE MIEJSC Z PRZODU POCIĄGU:)
Nie wiedzieli, ze opanowaliśmy już cały pociąg. Cała trasa pokonana w barwach i małą flagą za oknem. W Warszawie nikogo nie wpuszczamy bo „Warszawa nie lubi Krakowa więc wypier... i drzwi zamknij”. W pociągu jakieś głupie rozkminy na temat wzorków na siedzeniach i o chmurach, jesteśmy tak zmęczeni, przepici i przepaleni, że słyszymy głosy... wszyscy. W domu melduję się około północy, wyjazd dla mnie trwał 129 godzin, miło było. Jak dla mnie te 5 dni to była impreza życia i gdybym miał do wybrania powtórzyć to wszystko jeszcze raz czy lecieć z J.Lo na księżyc to wybrałbym wyjazd do Trójmiasta. To był prawdziwy kosmos i i przez te 24 lata życia już nie jedno przeżyłem, ale te kilka dni były po prostu mistrzowskie. Jedyne do czego można się przyczepić to na rynku jedna płytka była krzywa położona i nie równo się na nią stawało... tak na serio to przykro mi ale wątpie żeby ktokolwiek kiedykolwiek powtórzył taka gościnę i imprezy w Krakowie po prostu nie dorastają do pięt tej jednej w Gdańsku. Coś pięknego... Jeszcze raz naprawdę WIELKIE DZIĘKI ZA WSZYSTKO!!!

 

Aha i jeszcze zwiedziłem bardzo intensywnie Degustatornie i Brovarnie Gdańsk... raj Panowie, widziałem raj! Ale piwko śliwkowe jest nie dobre:P

skomentuj (6)
Strona główna