Ave Silesia

2009-10-13 00:45:06

Do Wrocławia udajemy się stosunkowo późno jak na nas za to wygodnie pięcioosobowym składem, 2 osoby z FCZ, J. P. co chleje dębowe mocne i kierowca P. Wyjazd miał się zacząć ok 10 niestety już na starcie pojawiły się problemy bo obudziłem się przed 11 w Krakowie mocno skacowany a kierowca pewnie miał jeszcze jakieś % we krwi więc potrzebowaliśmy trochę czasu żeby się ogarnąć. Pozbieraliśmy się do 12, skołowaliśmy GPS z żydowskiego osiedla i po lekkim wyposażeniu się w prowiant w postaci czekolady i piwa ruszamy w podróż. Tym razem nasz driver nie wpada na pomysł wysadzanie stacji i jedziemy spokojnie, troszeczkę podśpiewując nowe hity, śmiechu co niemiara. Na jakimś zajeździe przy autostradzie widzimy inna furę na krakowskich blachach, my składem mało walecznym za to na pewno nie spierdalającym przed byli kim sprawdzamy kto nas obcinał pokazując barwy i oznajmiając wszem i wobec kto jedzie. Jak się okazało jakieś przypadkowe towarzystwo. Ruszamy w dalszą podróż po drodze trochę vlepkując. Docieramy w końcu do pięknego Wrocławia i wita nas korek, radiowozy na sygnale, straszny cyrk i nie wiadomo co się dzieje.

Nie ma to jak powitanie:)

Kierujemy się GPSem do hotelu oglądając po drodze wielki graf Motoru Lublin... przywitali nas:) Na murach widać sporo małych napisów TSW i w nocy podobno porozwieszano transparenty, niestety żadnego nie widzieliśmy.

Koło dworca w trakcie jazdy J. Wyskakuje z samochodu w trakcie jazdy bo zobaczył kumpla z Wrocka. Zaczęło się, myślę. Dojazd do hotelu zajmuje nam ok 40 minut i po kilka razy mijamy te same uliczki, przerąbane oznakowanie, zakazy, nakazy, ciężko legalnie skręcić na parking generalnie.
Zrzucamy rzeczy, bierzemy barwy i ruszamy na spotkanie z naszymi katami ze Ślaska. Spotykamy się na rynku, Śląsk łaskawie daje nam najpierw jedzenie, po telefonach słyszę, że część Wisły już dobrze porobiona, więc my też idziemy po resztę. Na miejscu masa znajomych ryjków, piwkujemy i kierujemy się w stronę stadionu. Autobus wypchany po brzegi. Podczas gdy większość udała się na dalszą degustację ja musiałem zająć się sprawami organizacyjnymi i wciągu dwóch godzin uświadomiłem sobie, że jesteśmy najbardziej patologicznym klubem w Polsce. Masa pijusów, bez dokumentów, awantury... patologia nie PiZowa:) Wchodzę na mecz dopiero w przerwie meczu, dalej wiadomo, łażenie po sektorze, gadki, takie tam, murawa jakoś tak mało ważna była:) Doping przy Oporowskiej to już jednak nie to samo co 3-4 lata temu i teraz już chłopaki potrafią pierdolnąć porządnie. Po meczu ziomalstwo pakuje nas do wynajętego autobusu i jedziemy w kierunku Oleśnicy. Śląsk śpiewa, Wisła pije:) Zanim dojechaliśmy nastąpiła już wymiana barw, zdobyłem smyczkę od ziomka którego nie widziałem już masę czasu (pozdro). Dojeżdżamy na miejsce, mamy wynajęte domki, alkoholu było morze... trudno to opisać, ale każdy jak to widział reagował okrzykiem na ogół wulgarnym. Grubo ponad 300 puszek piasta, lekko ponad 50 litrów wódki, 30 osób, 1 dziewczyna :D gościna mistrzowska!!! W trakcie imprezy psiarnia nam się wpierdala i coś smęcą pod wąsem ale bo ustaleniach idą na tirówki i mamy spokój. Impreza do wczesnych godzin porannych, albo późnych nocnych. Ie muszę chyba nikomu opisywać jak to wyglądało, co było, ile osób wypędzało szatana, grubo, po prostu grubo! Budzę się w południe, pomijając wstawanie na wietrzenie nocne, znajduje się w łóżku i domku którego nie pamiętam, ktoś podobno wszedł do domku gdzie jakaś rodzinka mieszkała:D Budzę się i myślę „ja pierdole”, Śląsk zobaczył, że wstałem, od razu dostałem flaszkę i drugi ziomek mi piwo otwiera... powiedziałem głośno co przed chwilą myślałem. Zanim doczekałem się na śniadanie w postaci giętej wypiłem sporo piw i nie wiem ile wódki, byłem na molo tylko, że morze jakieś takie suche się wydawało... a mówili, że na Śląsku jesteśmy! Po szamanku, wypiciu jeszcze śmiertelnych ilości alkoholu (M. z Ruczaju zanim znalazł kompana do picia wypił sam dwie flaszki w jakieś pół godziny).
Jedziemy na dworzec gdzie żegnamy się z częścią towarzystwo i podśpiewując i zostawiając ślad po sobie przed wejściem do dworca – LECHIA GDAŃSK!!!
Na koniec zostajemy odwiezieni do Oleśnicy skąd kumple z Krakowa mieli mnie zgarnąć. Podróż upływa równie przyjemnie jak cały dzień, błądzimy nie wiadomo gdzie, znaleźliśmy nawet koniec świata. Jedziemy ulicą, droga zmienia się w szutrową (kierowca przecież wie lepiej od GPSa;)) jedziemy dalej bo nawet nie ma gdzie zawrócić, widzimy 1 dom luźno stojący gdzieś w polu do którego nie ma nawet drogi, dookoła chaszcze i pola uprawne,a za domem las tak gęsty, że nawet ścieżki w nim nie było. Pytamy jakiegoś Jurka którędy do autostrady... „A bo ja to wiem”. Szczęśliwy człowiek. Jedziemy dalej, zaliczam pierwszy niedojazd na Polonia Bytom-Lechia Gdańsk. 30 minut po rozpoczęciu meczu znaleźliśmy dopiero znak kierujący nas na Bytom. Do domu dojeżdżam ok 1 w nocy wypijając przy okazji prawie całe wyposażenie jakie dostałem od Śląska, 2 piwa poszły dla kierowcy, 1 wódka do mnie do barku, a cała reszta się rozlała:)

Ten wyjazd na pewno może kandydować do najlepszego meczu Śląska, dzięki dla Wszystkich którzy się przyczynili do tego, że ta gościna wyglądała tak jak wyglądała, specjalne podziękowania dla patoli z Oleśnicy i Rzepów!!


skomentuj (2)
Strona główna