W trakcie przenoszenia na: http://wiernosc.wordpress.com/
skomentuj (0)
Gdyby ten mecz był rozgrywany przed wrześniem '07 pewnie jedyne co można byłoby napisać na temat meczu to kilka zdań o oprawach i dopingu. Wydarzenia sprzed dwóch lat jednak sporo zmieniły, małpa trafił do krainy wiecznych łowów, nasze szeregi się przerzedziły dzięki współpracy „honorowych” scyzorów którzy się potrafili spruć o barwy. Sprawy sądowe które pokazały, że niektórzy nie nadają się do takich zabaw, później jeszcze rozpad zgody scyzorów z pejsami i tłumaczenie tego brakiem kontaktów mimo iż większość gołym okiem potrafi zauważyć, że zgoda polegała na lizaniu dupy żydom, szyciu im flag i w pewnym momencie po prostu Kielczanie zaczęli bać się o swoje życie gdy posmakowali krakowskich patentów.
Korona szczerze gdyby mogła to by nas nie wpuszczała jeszcze 10 lat na stadion i napinała się okrzykami i flagami, ale tym razem wstawiły się za nami środowiska kibicowskie które mają mało wspólnego zarówno z nami jak i Koroną. Z naszej strony serie upartych telefonów do Kielc, pisma, szukanie poparcia, kawał dobrej roboty wykonanej przez grupkę osób po to by 770 osób mogło walczyć o bilety by pojawić się w Kielcach i tysiące w Polsce które ciekawe były co przyniesie ten mecz.
Wyjazd zaczynamy wcześnie bo o 14, ścisły zakaz picia, konfiskowanie wódki, co poniektórzy stwierdzili nawet, że 2 piwa to za dużo, R. spróbowałbyś odebrać moje;] Przejazd mija spokojnie, wydawało się jakby czas stał w miejscu tylko nie wiadomo jak już trzeba wysiadać bo jesteśmy w Kielcach. Pod kasami oczywiście cyrki jak zwykle. Zepsuła się jedna bramka... akurat wtedy kiedy Wisła przyjechała! 3 ochroniarzy po kolei sprawdza jeden dowód, później następnych dwóch Cię musi zmacać, odebrać paski do spodni, itp. Po dłuższym czasie melduję się na sektorze, stadion jeszcze pusty więc wykorzystujemy to na rozmowach, degustacji tego co w menu ma Korona, P. po hamburgerze zwymiotował. Mnie w sumie smakował, pewnie lali do co drugiego:) Oglądamy debiutujące flagi WISŁA SHARKS i TOWARZYSTWO SPORTOWE, autor projektu zaraz dostaje telefon z informacją jak jego dzieła prezentują się na balkoniku. Generalnie większość osób ocenia na plus, ale jeden grubas skomentował, że za duża i trzeba zrobić drugą mniejszą;)
Do meczu jeszcze godzina a na stadionie pustki, my lekko zdziwieni zastanawiamy się czy przypadkiem nie chcą zbojkotować tego meczu albo nie mają akcji „pusty stadion” jak Cracovia w meczach u siebie. W końcu jakieś 15 minut przed pierwszym gwizdkiem zaczynają się pierwsze okrzyki, korona krzyczy WTSK, Wisła! Co? Śmierć blisko! Że nas zabiją itp., my odpowiadamy, że małpa spróbował i niech patrzą gdzie wylądował, później jeszcze niechlubny hit meczu czyli RACHU CIACHU MAŁPA W PIACHU. Z czasem docinki coraz konkretniejsze, łącznie z wrzutami po ksywkach (swoją drogą Grzechu, gniazdowy Zagłębia Lubin ma brzydką dziewczynę jak nie wiem co!).
Zaczyna się mecz, spiker informuje, że na mecz jest przygotowane oprawa z ... Echo Dnia bo wydali w barwach Korony. Czołówka ruchu ULTRAS bez dwóch zdań! Nie pokazali nic. Z naszej strony bokser ze znanego motywu Towarzystwo Sportowe i towarzyszy mu hasło A WCZERWONYM NAROŻNIKU... TOWARZYSTWO SPORTOWE, do tego większość na czerwono w okazjonalnych koszulkach z podobnym motywem, efekt kozacki co przyznali nawet kibice Cracovii którzy pojawili się na meczu. Doping z naszej strony bardzo dobry, dużo bluzgów i Parma która poderwała cały sektor, scyzory na początku też doping mają na bardzo wysokim poziomie z czasem jednak słabł i po pierwszej bramce dla Wisły w chyba 30 minucie mieli już tylko zrywy, a tak to murmurando. W przerwie meczu mieliśmy zejść na jakąś szame, ale widzimy, że w naszą stronę na piętrze przedziera się grupa kielczan. Widać nabrali już trochę więcej odwagi, albo zgłupieli do reszty, dochodzą do kordonu i zaczynają się napinać, my kręcimy z nich bekę i dochodzimy do wniosku, że są jednak najśmieszniejszym klubem w ekstraklasie. Zaczynają w nas ciskać petardami hukowymi, świeca dymna, jakieś krzesełka, robi się ciekawie. Wymiana pocisków, choć głównie ostrzał był w naszą stronę, na szczęście nikt poważnie nie ucierpiał i tylko podnieśli nam ciśnienie. Osoby odpowiedzialne za zabezpieczanie meczu apelowały do nas żebyśmy nie dali się sprowokować na co ktoś rzucił, że zajebiemy ich wszystkich.
Po kilku minutach psiarnia zaczyna spychać Koronę, później znowu atak scyzorów, znowu psy, gazowanie, pałowanie, nawet sektora rodzinnego. U nas zostaje tylko flaga WISŁA SHARKS i dopingujemy dalej, a przy kolejnym obrzucaniu nas petardami na co Korona tak się spinała i uważała za mega chuligaństwo my śpiewamy JESTEŚMY CHUJ WIE GDZIE, DOBRZE BAWIMY SIĘ... doping jak na trwającą walkę dobry. Korona siadła totalnie, a od 80 minuty młyn opustoszał, flagi pozdejmowano i było widać jakieś ganianki z kaskami na dwóch poziomach. Ciekawa sytuacja była jeszcze gdy młyn Korony dopingował, a ich chuligani walczyli z psiarnią, otóż my śpiewamy zostaw kibica,a Korona jebać Wisłę, my wróg numer jeden, a oni o nas... Awansowaliśmy na szczyt tabeli! Piłkarsko jak i kibicowsko jeden z lepszych meczów ostatnich dwóch lat. Po komentarzach różnych klubów widzę, że co poniektórzy rezygnują nawet z kibicowania przez nas bo dochodzą do wniosku jakie to wszystko jest chore, zginął człowiek, a my zamiast żałować tego robimy imprezę i przypominamy w niedwuznaczny sposób o tym wypadku. Niesmaczne to było ale nie mam zamiaru tutaj nikogo tłumaczyć bo każdy może odpowiadać za siebie. Jedno jest pewne, efekt zamierzony został osiągnięty i prowokacja się w pełni udała, głupotą wykazała się jedynie Korona która narobiła sobie przypału atakując nas na stadionie bo wiadomo było, że ta akcja jest z góry skazana na porażkę, a zatrzymania po meczu i monitoring skutecznie rozbiją już i tak słabą ekipę scyzorów. W moim odczuciu była to bardzie pokazówka, gdyby faktycznie nas nienawidzili i nie bali się to atakowali by pociąg na trasie, a tak to teraz mogą płakać na necie, że nie szanujemy zmarłych i nie rozwaliliśmy sektora gości... Pytanie gdzie byli Ci kibice Korony gdy z rąk ich zgodowiczów ginęli kibice innych klubów, a Korona im wtedy w dupę wchodziła.
Przy okazji dzisiejszego święta oddajmy cześć Tym których już nie ma wśród nas. Małpie znicze będzie paliła Korona, my mamy wystarczająco długą listę grobów by opłakiwać jeszcze błędy i wypadki przeszłości.
Żeby się udać na ten mecz musiałem się sporo napocić, przekonywać P. żeby mnie zgarnął furą zaraz po pracy, a nie jechał ze wszystkimi, w pracy błagałem kierowniczkę żeby mnie wcześniej puściła no i było trzeba sobie powrót zaplanować bo miał wracać z nami jakiś Lechista a stary Fiat Uno ma ograniczoną pojemność. Wszystko na szczęście dobrze się ułożyło i na Bronowicach zbieramy się w 2 fury i ruszamy w stronę krainy czarnego wungla i brudnych paznokci. Podróż upływa szybciutko, moje głupie dowcipy już przed autostradą zaczynają irytować towarzyszy podróży więc zaczynamy sobie z P. śpiewać. Po pewnym czasie dostaję bułkę żebym się zatkał...
A myślałem, że jadę z ludźmi wrażliwymi, otwartymi na piękno i sztukę, a to zwykła patologia była! Koniec końców docieramy do Chorzowa, robimy kilka dodatkowych kilometrów zapoznając się lepiej z okolicą, fajne kurtki tam mają:) Nic nie wyłapujemy i jedziemy na wyznaczony parking. Psy nas zostawiają do opieki to organizuję szybko wszystkich i mówię, że nie ma sensu czekać na zbawienie tylko idziemy sami. Na chodniku niebiesko od barw, my w barwach, a za kordonem kończy się niektórym nieśmiertelność. Zgadujemy się jeszcze z 3 ziomkami z Lechii i idziemy dziarskim krokiem w stronę stadionu. Dochodzimy w kilkanaście osób do kładki, tam kilku śmierdzieli w barwach. Podbijam do jednego i pytam czy daleko na stadion, ten z oburzeniem mi mówi, że przecież tu mam, pokazując palcem i po chwili jeszcze raz odwraca zdenerwowany głowę orientując się, że jestem w czapce Lechii, a za mną kilkanaście osób. Kumple śmierdziela przylgnęli do barierki na moście, ale nic im nie robimy i bez przypału idziemy na stadion.
Na meczu trochę dopingujemy, częstujemy się sucha kiełbasa bez keczupu i umilamy sobie czas oglądając tajny trening Widzewa i Ruchu:) Po meczu jedziemy wszyscy do Krakowa, cudem mieścimy się w Uno, ale Uno nas nie chciało i złapaliśmy kapcia na autostradzie. Szybka zmiana koła przez fachowców którzy nie wiedzieli czy mamy klucz bo inne żelastwo zajmowało bagażnik.
Docieramy do Krakowa nie wiem o której ale pół godziny zajęło nam rozłożenie Lechisty na łopatki. My pijemy jeszcze chwilę i dopiero ok południa się rozjeżdżamy. Tzn. ja jadę po następnych gości reprezentujących bardzo białe i zielone barwy i wszyscy razem udajemy się na szamanko, pićku i... mecz Pychowianki:D Generalnie plączemy się po mieście zwiedzając barmanki, tzn bary i wieczorem każdy udaje się w swoją stronę. Dobry dzień był:)
Do Wrocławia udajemy się stosunkowo późno jak na nas za to wygodnie pięcioosobowym składem, 2 osoby z FCZ, J. P. co chleje dębowe mocne i kierowca P. Wyjazd miał się zacząć ok 10 niestety już na starcie pojawiły się problemy bo obudziłem się przed 11 w Krakowie mocno skacowany a kierowca pewnie miał jeszcze jakieś % we krwi więc potrzebowaliśmy trochę czasu żeby się ogarnąć. Pozbieraliśmy się do 12, skołowaliśmy GPS z żydowskiego osiedla i po lekkim wyposażeniu się w prowiant w postaci czekolady i piwa ruszamy w podróż. Tym razem nasz driver nie wpada na pomysł wysadzanie stacji i jedziemy spokojnie, troszeczkę podśpiewując nowe hity, śmiechu co niemiara. Na jakimś zajeździe przy autostradzie widzimy inna furę na krakowskich blachach, my składem mało walecznym za to na pewno nie spierdalającym przed byli kim sprawdzamy kto nas obcinał pokazując barwy i oznajmiając wszem i wobec kto jedzie. Jak się okazało jakieś przypadkowe towarzystwo. Ruszamy w dalszą podróż po drodze trochę vlepkując. Docieramy w końcu do pięknego Wrocławia i wita nas korek, radiowozy na sygnale, straszny cyrk i nie wiadomo co się dzieje.
Nie ma to jak powitanie:)
Kierujemy się GPSem do hotelu oglądając po drodze wielki graf Motoru Lublin... przywitali nas:) Na murach widać sporo małych napisów TSW i w nocy podobno porozwieszano transparenty, niestety żadnego nie widzieliśmy.
Koło dworca w trakcie jazdy J. Wyskakuje z samochodu w trakcie jazdy bo zobaczył kumpla z Wrocka. Zaczęło się, myślę. Dojazd do hotelu zajmuje nam ok 40 minut i po kilka razy mijamy te same uliczki, przerąbane oznakowanie, zakazy, nakazy, ciężko legalnie skręcić na parking generalnie.Ten wyjazd na pewno może kandydować do najlepszego meczu Śląska, dzięki dla Wszystkich którzy się przyczynili do tego, że ta gościna wyglądała tak jak wyglądała, specjalne podziękowania dla patoli z Oleśnicy i Rzepów!!
Losowanie PP było w tym roku wyjątkowo korzystne dla Wisły, zarówno pod względem piłkarskim jak i stricte kibicowskim. Zamojszczyzna i okolice jest wyjątkowo rzadko odwiedzana przez nas i jakoś nie mamy szczęścia zwiedzać tych rejonów Polski. Smaczku dodawał fakt, że Hetman w kibicowskiej Polsce jednak istnieje i mimo braku sukcesów piłkarskich coś starają się pokazywać.
Nasz wyjazd rozpoczynamy już przed 8 wyruszając z Zabierzowa przy okazji zwiedzając sąsiednią wioskę:) Zbiórka w okolicach Reymonta 22, nie ma jeszcze godziny 9, a na wspólne śniadanko dosiada się już reprezentacja Bronowic. Po szybkich 2 piwkach udajemy się na miejsce zbiórki. Oczywiście nikogo już nie zastaliśmy bo wszystkie busy i samochody już wyjechały pozostawiając naszą skromną 14 osobową grupkę. Wyruszamy z Krakowa na spokojnie bez wahadła zwiedzając przy okazji co jakiś czas stacje i karczmy. W okolicach Niska wyprzedzamy nasze busy i kawałek dalej robimy na nich zasadzkę w lesie ale nie zatrzymują się (dobrze, że psiarnia się nie zatrzymała). Zwiedzamy chwilkę mieścinę oznajmiając miejscowym kto jedzie. Dalsza trasa to słynny Pacanów i kozackie kozy, Szczebrzeszyn o którym wymyślamy serię piosenek, później miasto rowerów gdzie troszeczkę się napinamy z samochodu i generalnie kręcimy bekę całą drogę. Dojeżdżamy do Zamościa już z całą ekipą w obstawie psów którym i tak się zrywamy. Pokazują nam, że na stadion w lewo my jednak postanowiliśmy odbić w stronę starówki. Robimy sobie fotki w barwach pod ratuszem, troszeczkę zwiedzamy okolicę. Widać, że Hetman nas nie lubi i nawet na ulicach wszyscy mówią o meczu, nożownikach i że trzeba dojechać Wisłę. Plączemy się tu i tam ale generalnie nic ciekawego się nie dzieje i w drugiej połowie wchodzimy na stadion. Miny niektórych kibiców Hetmana których spotkaliśmy chwilę wcześniej bezcenne... Pewnie żałowali, że nie wykorzystali przewagi liczebnej, ale z drugiej strony psiarni wszędzie było tyle, że przypał gwarantowany. Na meczu nudy, na początku podobno Hetman podszedł się poprężyć w 20 osób pod nasz sektor i ultrasował. Z naszej strony doping marny i spontaniczny bez jakiejkolwiek organizacji. Łatwe zwycięstwo, po meczu Hetman się znowu napina, my szarpiemy bramą i niechcący o mało nie wyłamaliśmy jej, mimo że wszystko było raczej dla beki bo startu do nas nie mieli żadnego. Po chwili wpadają białe kaski i delikatnie przeganiają Hetmana.
Powrót spokojny. Pozdrowienia dla ekipy samochodowej z którą jechałem:)
Na obydwa mecze wyciągam kumpla który od pamiętnego meczu Zagłębie – Jaga miał okres posuchy wyjazdowej. Mimo iż zdecydowana większość wiślackiej braci wybrała prostą drogę do Gdańska ja postanowiłem troszeczkę urozmaicić sobie wyprawę, co czas pokazał o wiele bardziej niż planowałem. Do Wrocka jadę prosto po pracy (kumpel pojechał rano). Wybiła godzina 21:00 i wybiegam z tyrki z pełną torbą i zasuwam ile sił w nogach na busa, ostatnie 200 metrów i... widzę jak mi odjeżdża! Myślę sobie, spoko, zdążę. Mija 10 minut, jedzie następny bus... nie zatrzymał się. Już lekkie wkurzenie jest, na szczęście chwile później jechał kolejny i na dobiegnięcie na dworzec mam jeszcze całe 5 minut (w sam raz na kupienie mineralki i dwóch drożdżówek, bo po co jeść więcej po całym dniu pracy). Pakuje się do pociągu, widzę jakąś ekipkę, po twarzach nikogo nie poznaję więc idę kilka przedziałów dalej. Pociąg rusza i słyszę STALÓWKA!! STALÓWKA!! Kitram smyczkę, siedzę jeszcze chwilę i gadam z kilkoma osobami, później spacerek po pociągu, mijam przedział stalówki, widać, że 10 osób raczej kumatych, ok 25 lat i kilku trochę gorzej się prezentujących. Jak się później okazało kawałek dalej mieli nieprzyjemności ze Śląskiem.
We Wrocławiu melduję się w środku nocy, przy wysiadaniu zauważyłem, że jeszcze kilka osób z Wisły jechało gdzieś w pociągu. Na dworcu odbiera mnie młoda Silesia i idziemy na rynek coś przegryźć i podziwiać wrocławianki w nocnych klubach. Zamiast do miejsca docelowego trafiamy do mieszkania przy samym rynku i przyjmujemy silnie stężony alkohol, litr na dwóch. Trochę gadamy i jeszcze jesteśmy spokojni, ale równo ze wschodem słońca zaczynamy zapewniać atrakcje sąsiadom i przypadkowym przechodniom. Darcie się do ludzi, śpiewy (słoneczko już wysoko, śnieg pięknie błyszczy się:)) w momencie gdy zauważyłem 3 osoby w barwach Lechii i Śląska poleciało JAGIEEEELOOOONIAAAA, JAGIEEEELOOOONIAAA. Inna sprawa, że Śląsk dokończył „jest zboczona”. Później w mieszkaniu robimy małą awanturę na dezodoranty, itp. Aha w ogóle to jakaś Ania u nas spała ale nawet na śniadanie nie chciała zostać:) Po skończonym dymie szef kuchni serwuje tosty francuskie i jajecznicę z dwóch jajek i 0,5 litrów oleju:)
Wybijamy na rynek bo Motor miał przyjść to żeby nas nie lali... pffff:D, Śląsk się rozdziela, a ja jako przewodnik biorę się za oprowadzanie ziomków.
Pierwsza atrakcja turystyczna – Spiż. Zostaliśmy tam do meczu.
Dużo piwa:)
W okolicach stadionu meldujemy się prawie 2 godziny przed meczem, picie na osiedlu gdzie pierwszy raz widzę sytuację żeby psy tam wjechały. Tracę 2 piwa, ale mandatów nikt nie łapie i zrywamy się kilka bloków dalej. Później wchodzimy na stadion i tutaj już spotykam resztę znajomych, trochę gadamy i podśpiewujemy.
Doping cały mecz na dobrym poziomie, gniazdowy (Jubas) miażdżył po prostu! Teksty rzucał takie, że zamiast śpiewać czasami po prostu laliśmy ze śmiechu:D „oszczędzamy się, lololo, spokojnie, lololo i EUFORIAAAAA!!:DW Laskowicach dosiada się pierwszy Lechista i kończy się dwugodzinny sen i pora zacząć znowu pić. W Gdańsku meldujemy się już mocno zmęczeni i w oczekiwaniu na jeszcze 2 osoby idziemy do najbliższego pubu, jakiś Big Johny czy coś. Syf taki, że kleimy się do stołów, jakiś żul od rana nawalony coś śpiewa, kibel na zewnątrz, za to cena kawy jak w Sheratonie... 8 złotych za kawę rozpuszczalną bez cukru w kubku plastikowym... Lechia to burżuje i stać ich na to żeby nas gościć w takich drogich miejscach i jeszcze piwo tam brać;) (pozdro P.). Szybka przekąska w Mac Syfie, odbieramy A. i S. i idziemy do hotelu. Tylko ja znam drogę, a promile we krwi mnie w tym umacniają więc prowadzę wycieczkę i tłumaczę, że to tylko kawałeczek do przejścia. 3 przystanki i w lewo. Wsiadamy w SKM jedziemy z Głównego do Wrzeszcza bodajże, później jakimiś krętymi uliczkami, dochodzimy od strony „Degustatorni” do starówki i... lądujemy w miejscu skąd wyruszaliśmy. Żeby było śmieszniej kilka sekund wcześniej powiedziałem, że to jeszcze 3 przystanki i w prawo:D Spotykamy na szczęście kilku kumplów z Lechii i jedziemy samochodami do hotelu.
3 przystanki i w lewo... wiem gdzie jesteśmy.
Powitanie piwem i wódką, budzimy resztę lokatorów, stacza się J. I padamy ze śmiechu! Z przodu łeb wygolony na papieża tył pocięty w paski i jakieś dziury wycinane gdzie się tylko dało. Szybka kąpiel i jedziemy na obiadek do Parmy i piwkujemy z Lechią. Później mała luka w pamięci i wiem, że trafiam do Maksa gdzie picie nabiera szybszego tempa, przyjeżdża po mnie później druga ekipa Lechii która mnie porywa i pijemy na Traugutta, a później zrywamy się odpocząć w KFC gdzie jeden osobnik przybija gwoździa i robimy sobie sesje zdjęciową z żydowskimi dziećmi.
Na mecz wchodzimy w ostatniej chwili i wychodzimy chwilę później. Ja wyszedłem przed przerwą, ale znam agenta który wszedł, zobaczył murawę i wrócił pić:) Chlejemy z Lechią na hali, później w Parmie i koniec w hotelu, ale bez katowania.
W poniedziałek wyruszamy na zwiedzanie, zobaczyłem stocznię po raz kolejny, okazało się, że muzeum jest zamknięte więc idziemy pić dalej z dłuższym posiedzeniem w „Degustatorni”, a później na budach. Finisz jak zwykle w hotelu do bladego świtu. We wtorek wytrwale wyjeżdżamy ok 11 na zwiedzanie Gdańska, tym razem udaje nam się wejść do muzeum i później podziwiamy jeszcze panoramę Gdańska z Gradowej Góry... później znowu pijemy. W domu melduję się przed 8 rano w środę... wyjechałem o 12 w piątek więc wyjazd dobry:)
Podsumowując, wielkie dzięki dla Śląska za gościnę mimo zmęczenia, beka z jajecznicy trwa... kibice z Wrocławia i bracia z Gdańska;P
Pora się wziąć za nadrabianie prac... 4 mecze do streszczenia, a pierwszy jeszcze w poprzednim sezonie. 2 piwka wypite więc myślę, że pamięć się obudzi i jakoś uda mi się to przelać na papier... w XXI wieku można zapisać setki tysięcy stron nie wykorzystując ani jednej kartki papieru, włot technika:)
Dzień po fecie mistrzowskiej: Unia Tarnów – Hutnik Kraków bodajże... na Unii byłem chyba 2 razy więc powinien to być Hutniczek.
Świętowanie mistrza ze zgodowiczami skończyło się dla mnie ok 15 godziny, mecz był o 17 albo o 18. Od 14 mniej więcej już telefonicznie ustalałem z A. z Miechowa, że wypada jechać, podzielał moje zdanie, do tego to nasz lokalny rywal więc nie srajmy po krzakach! Wpadamy z Lechią na pożegnalne piwko popołudniowe do Ż. gdzie nasza ekipa się rozjeżdża, a ja jade z kilkoma szerokimi kotami z Gdańska w stronę Krakowa i cisnę na dworzec gdzie umówiłem się z A. Obydwoje zdążyliśmy na farta, bilety kupujemy już w pociągu, spotykamy wiślaków, ale raczej trzymamy się z boku rozmawiając o poprzednim dniu. W pociągu wyjątkowo zamiast piwa woda mineralna;] Po godzinie z haczykiem jesteśmy w Tarnowie, widzimy jakąś grupkę w biało niebieskich barwach na kładce przy stacji i raczej na Unie stawiamy, ale pierwsze odczucie było nieprzyjemne i zła mina się pojawiła. Idziemy w stronę stadionu... całe 200 metrów i zonk, nie ma nigdzie sklepu z jedzeniem, że o piwie już nie wspomnę, a na stadion z okazji meczu podwyższonego ryzyka zaczną nas wpuszczać dopiero godzinę czy tam 30 minut przed rozpoczęciem. Czekamy grzecznie, kupujemy bilety, całkiem fajne, jak się później okazuje, Unia drukuje je jedynie przy ważniejszych meczach (ten był pierwszy), normalnie są paragony. Po chwili widzimy Hutnika przemieszczającego się w kordonie do klatki, cały czas coś śpiewają, ale naprawdę dobrze zaprezentowali się dopiero w sektorze gości z jednakowymi szalami i głośnym dopingiem. Ja z A. siadamy koło młyna i prosimy żeby dzisiaj za głośno nie śpiewali... nic z tych rzeczy, Unia się spięła, wszystkie zgody poprzyjeżdżały w niezłych liczbach, Wisły niecała 100 więc hzg jak na nasze możliwości, ale mniejsza z tym. Dunia sporo ultrasuje, sektorówki, łącznie z piro, częste pozdrowienia dla Wisły. My po kilku okrzykach odbijamy całkiem na bok i gadamy ze znajomymi z Q. I Unii, w przerwie idziemy na hot dogi i picie... w sumie zostawiliśmy tam z pół stówy tak nas kac męczył. W drugiej połowie zasiadamy na trybunie VIP... tutaj nie śpiewają i jakaś fajna laska siedziała sama... Pod koniec meczu wracamy jednak do serca stadionu... nie na murawę tylko do młyna, coś tam udajemy, że dopingujmy... 90 minuta, koniec meczu. Powolutku wychodzimy ze stadionu i zauważamy że co poniektórzy wychodzą szybciej. Mówię, A. chodź, biegniemy, a on, że dajże spokój i tak nic nie będzie. No ale skoro i tak pobiegłem to ruszył się za mną, dobiegamy pod sektor gości, a tutaj kopanie po ogrodzeni, wymiana gałęzi i kamieni, od razu kac mija i A. się obudził jakby mu ktoś 5 piguł podał... co się dziwić jak człowiek trochę czasu na Hutniczym osiedlu spędził. Dalej to już standard, gumiory walczą z psiarnia i próbują sforsować ogrodzenie, my i Unia ze wszystkich stron praktycznie nacieramy ale posiłki policji nas przeganiają , zaczynają strzelać i trzeba się zrywać. Spore zamieszanie i dopiero znaleźliśmy się po wszystkim na peronie. Psy na szczęście nie robiły problemów i można spokojnie wsiadać do pociągu. O tyle o ile my jedziemy spokojnie to nasi młodzi trochę szaleją i uprzykrzają przejazd reszcie pasażerów. Dojeżdżamy na dworzec i oczywiście kilku wkurzonych komarów gdy tylko usłyszało, że Hutnik przyjechał zaczęło palić wroty. Dla nas powrót spokojny i jedyny raz kiedy biegaliśmy to był atak na sektor gości, z dworca przed gumiaczkami nie chciało mi się już uciekając więc idziemy melanżowym krokiem... kolejny piękny dzień na kibicowskim szlaku.
http://www.youtube.com/watch?v=2vfS6Ezcg3s
JEBAĆ LENISTWO – TYLKO WISŁA
Wiadomość trochę spóźniona odnośnie wyników zbiórki na dzieciaki. ZEBRALIŚMY GRUBO PONAD 1200 ZŁ i żsrednia wyszła ponad 1,5 zł na osobę. Jeżeli chodzi o średnią to chyba rekord!! Gratuluję Wszystkim (w tym sobie) :)
Na ten wyjazd zdecydowana większość wiślaków czekała od pół roku, może również dlatego, że nie było nam dane zasiadać na sektorach gości. Nie zmienia to jednak faktu, że takiego meczu nie było od dawien dawna i każdy czekał z utęsknieniem na to spotkanie. Mecz w Gdańsku wypadł nam w sobotę, do tego pod koniec mają więc pogoda idealna na mecz zgodowy.
Wyjazd rozpoczynam prosto po pracy we wtorek. Standardowo z odjazdem pociągu otwieram pierwszego browara. Zanim dojechałem do Trzebini poznałem już wielkich huulsóf z Sandecji i Stali Mielec, większych debili dawno nie widziałem ale stwierdziłem, żelepiej pogadać z kibicami niż warszawiakami dla których najważniejsze było to czy będą mieć szybka kolej na EURO2012, albo, że nowy siemens jest zajebisty ale też się psuje... Jadę sobie więc z tymi dwoma głupkami, za dużo się nie odzywam i słucham o tym jak całe podkarpackie się połączy i jacy to będą silni, ale jak usłyszałem, że Korona ma najlepsza pakę w Polsce to poszedłem pic samemu do przedziału i więcej z nimi nie gadałem.
Ustalamy, że pasuje w końcu normalnie zwiedzić trochę Gdańska, a nie tylko pić, M. był na tą okoliczność świetnie przygotowany, pewnie kuł do 3 w nocy i oprowadził nas po starym mieście, opowiedział historię rodu szlachciców... tych od trzech łbów świńskich. W każdym bądź razie pamiętam. Poznaliśmy faktycznie kawałek historii, co kiedy płonęło, kto z kim się prał, najważniejszym, a na pewno najśmieszniejszym punktem wycieczki była wieża mariacka i jako zabytek nie sakralny doczekała się drobnego tuningu ręką kibicowską.
Po 460 czy ilus tam schodach ukazuje się nam piękna panorama Gdańska, od razu dostrzegamy kominy z których unosi się dym ostatnich żydów z pieca. Wycieczka szkolna która miała szczęście spotkać się z nami nasłuchała się trochę o kibicach, żydach i murzynach, nauczycielka była lekko zniesmaczona naszym przewodnikiem i sposobem przekazywania informacji, że w bunkrach szkolono Hitler Jugen i oni później żydów ze sprzętem jebali to zaproponował dzieciakom żeby ubrali jej wiadro na głowę. Pamiątkowa fotka na górze i schodzimy już z głupimi pomysłami w głowach i antysemickimi dowcipami w kościele. Idziemy na piwko gdzie tym razem wzięcie mają staruszki i są namawiane żeby się przysiadły na jednego. B. od nas dostaje zgodowe barwy Polska – Izrael, traci je jednak później w solówce... z kobietą. Nie wiem co tam dalej w środę robiliśmy bo ciężko mi skojarzyć fakty ale na pewno było dobrze bo nie pamiętam jak położyłem się spać.
Gdy docieramy na ląd odbijamy trochę w czwórkę od Lechii i idziemy na własną rękę na stadion i coś zjeść, wchodzimy do KFC i całkowity przypadek sprawił, że nasza Lechia też miała ochotę na jakieś kubełki i na cały Gdańsk wybrali akurat to samo KFC co my:)
Docieramy pod stadion jakąś godzinę przed meczem, słychać już z daleka głośne śpiewy, stadion zapełniony w komplecie, jak na mecz zgodowy towarzystwo trzyma się całkiem nieźle nie licząc 5 gości którzy nie przeszli przez bramki i kilku osób gdzieś na koronie stadionu wyglądającymi jak zombie. Na trybunach prawdziwe święto, flagi przeplatane Wisły, Lechii, Śląska, jedna Czarnych Słupsk, 2 sektorówki, pirotechnika, flagowisko w barwach Wisły i Lechii, chaos, ogólnie wielki kocioł! Po bramce na 2:1 dla Lechii ziomek do mnie podchodzi i mówi, sory, ja mówie, że nie ma sprawy i dopinguje Lechie, wynik był dla mnie jakoś mało istotną rzeczą. Koniec końców Wisła wygrywa 4:2, na trybunach 12000 z czego Wisły oficjalnie 2100!!!
Aha i jeszcze zwiedziłem bardzo intensywnie Degustatornie i Brovarnie Gdańsk... raj Panowie, widziałem raj! Ale piwko śliwkowe jest nie dobre:P
skomentuj (6)
Ciekawy mecz zarówno kibicowsko jak i piłkarsko więc od miesiąca już było jasne, że jadę do Wrocka, pytanie brzmiało tylko kiedy i na jak długo bo zależało to w dużej mierze od wolnego w pracy. No i dostałem jeden dzień w dniu meczu i dzień wcześniej zmianę do 21:30! Prosto po pracy z plecakiem pakuje się w autobus i jadę zobaczyć jak w tym roku wyglądają juwenalia. Autobus w miałem wstępnie ok. 2 w nocy, ale z G. z Wrocka ustaliłem, że wcześniej pojadę więc sprint na pociąg, kupowanie biletu już na miejscu i dopłata, dopłata, przesiadka, dopłata, dopłata... ostatnio wszystkie moje zgodowe mecze tak się zaczynają;] Do pociągu wbiegam w ostatniej chwili i przeciskam się do drugiego przedziału i słyszę MISTZREM POLSKI JEST LEGIA, LEGIA NAJLEPSZA JEST i coś tam o wielkim CeWuKSie;] Jakaś wycieczka szkolna (jakieś liceum) wracała z Zakopca. Zero barw ale non stop jakieś teksty o Legii i mistrzostwie. Jako, że najważniejsza jest przygoda stanąłem sobie koło nich, inna druga sprawa, że był taki ścisk, że w przejściu nie było nawet jak usiąść. Jak obadałem już całą tą wycieczkę, ponad 20 osób w tym 3 typów z wodorostami za ramiona to prze Trzebinią zdjąłem bluzę prezentując na koszulce herb Śląska. Otwieram żuberka, napinka i... do Częstochowa koniec tematów o Legii. W Częstochowie szybka przesiadka do pociągu Wrocławia i kolejne dopłaty, ale przynajmniej jakaś fajna włoszka jechała ze mną i było można pogadać z jakąś blondyną, a nie oglądać debili. We Wrocku melduję się wcześnie rano i zaczynam od krótkiego zwiedzania, spotykam kilka osób w barwach (5 rano!!!) i jakieś studentki kąpiące się w fontannie na rynku w stringach i stanikach, takiego przywitania nigdzie nie miałem:D
Przed 8 lądujemy na kwadracie u S. i zaczyna się katowanie, a jak patrzę na wiślaków którzy przyjechali dzień wcześniej to domyślam się, że ciężko musiało być. Właściwie to do nie wiem której chlejemy na parafii S. Schodzą się ludziska, wbijamy na jakiś park gdzie siadam na gumie do żucia i reszta niech zostanie przemilczana;]
Przed meczem nie wiem jakim cudem spotykam się z J .i J. Pijemy jeszcze trochę w okolicy i wbitka na stadion. Promili we krwi miałem wystarczającą ilość więc przez pierwszą połowę kręciłem doping na bocznym sektorze. Ogólnie Śląsk w przeciągu ostatnich kilku lat poprawił swoje zdolności wokalne i dobrze się pokazali czego nie można powiedzieć o Amice która się kreuje na mistrza wszystkiego a właściwie tylko kilka razy było ich słychać i pod koniec meczu jak doping u nas zaczął siadać. Po meczu pyruski nam cisną od amatorów win czy jakoś tak, ale chyba nik nie poczuł się urażony bo nie było ani jednego gwizdu po tym:) Pogoda słoneczna, Wrocławianki piękne, no to pasuje iść na wódkę. Idziemy sam nie wiem gdzie ale jak się okazało mieliśmy jakieś 500 metrów do pociągu pyrusów. Psiarnia gdzieś non stop krąży w okolice ale nie przypier*ala się do nas i chlejemy Piasty Wrocławskie i wódkę 1906 hehe. Przeciąganie mi się przeciągnęło do 4 bań pod rząd i w końcu się ewakuuję, ziomek ze Śląska odprowadza mnie do mojego nowego transportu (viva la Bronowice). Spotykamy się knajpie Country, trochę jeszcze piwkujemy i śpiewamy, J. Ze Śląska był chyba w lekkim szoku jak zobaczył jak się Zabierzów z Bronowicami bawi:)
Droga powrotna pod znakiem śpiewów, głupich dowcipów z mojej strony;P piwkowania i takich tam. Na trasie 3 dziki przebiegają nam drogę i w tym momencie było można zobaczyć, że jednak nikt normalny tym samochodem nie jedzie, dziewczyna która prowadziła krzyknęła i depnęła po hamulcach, a reszta zaczęła się drzeć ŚMIERĆ ZA SMIERĆ, ZŁO ZŁO AGRESJA i JEDZIEMY Z KURWAMI! Droga mija szybciutko, następnego dnia rano melduję się w pracy i dobrze, że alkomatem mnie nie przebadali.
Weekend na duży plus!!!

PKP!!!
skomentuj (1)
Mecz z dziewczynami zza błoń wypadł nam w piątek, Śląsk przyjechał chwile pzed meczem i prosto autobusami na kurnik. My zbieramy się w ok 70 osób pod stadionem Wisły i podobnie jak na Lechii urządzamy sobie przemarsz z tą różnicą, że nas było sporo mniej, a żydów to już praktycznie wcale nie było. Pod ich kasy dchodzimy niecałą godzine przed meczem, Śląsk już na sektorze, a żydów może z 10. Stoczyli się na samo dno, już nawet nie miał się kto napinać. Wejście do klatki nawet sprawne, pierwszy raz melduje się przed pierwszym gwizdkiem w sektorze gości, sporo znajomych mord. Śląsk ze zgodami naprawdę dobrą bandą przyjechał i gdyby doszło do starcia ze wszystkimi kibicami gospodarzy to myślę, że byśmy się po nich przebiegli. Frekwencja na żydach dno i 100 metrów mułu, ma forum napisali, że było ich 4500... jak była połowa z tego to już nieźle.
10 minut przed meczem żadna żydowska flaga jeszcze nie wisi, a żydki dopiero się schodzą. U nas 1 flaga Lechii, 2 łączone Wisły i Śląska i jedna FC Jawor. Mecz się zaczyna oczywiście od „hymnu” pejsiastych ale było ich na tyle mało, że nawet NIGDY NIE ZEJDZIEMY NA PSY wyszło strasznie cicho i co poniektórzy od nas sami to krzyknęli żeby wspomóc leczenie ichsiejszych kompleksów. Cały mecz śmichy hihy, wymyslamy min nową maskotkę dla Cracovii – taki wielki, chodzący komin z którego leci dym:) Sporadyczny aczkolwiek głośny doping z naszej strony, żydki się obudziły jedynie po bramce na 1:0 i jak raz krzykneli gej gej. W ogóle były momenty w meczu, że nic nie śpiewali, albo śpiewał tylko gniazdowy u nich i 5 osób pod młynem.
Po meczu marne prowokacje ze strony psów, robienie problemów z wychodzeniem (wpadli na pomysł żeby nas wypuszczać po 20 i sprawdzać dowody). Z ciekawszych tekstów to było np. „Wąs główny- musimy mieć pewność, że Cracovii nie ma na ulicach już żebyśmy was mogli obronić” na co oczywiście poleciały teksty, że się sami obronimy tylko nas do nich puśćcie, następny wąs się pyta czy chcemy się z nim zamienić miejscem... chętnych nie było i większość skomentowała jego poziom intelektualny i wybory dokonywane w życiu. Kooniec końców omijamy podstawione autokary i wszyscy idziemy na piwko do Wiślaków. Większość Śląska pojechała wieczorem ale byli i tacy agenci co zostali do późnego popołudnia w sobote. Po meczu chwile jeździmy po żydowskich osiedlach ale widać po remisach i meczach z jedną z największych kos nie świętują i nic ciekawego się nie działo.
Ave Nasza Banda, piona Ultra Girl Śląsk i JEBAT BANIK!!!:D
Maaaaaaaaajciiiiiiiiiiin!!!!!!
Wodzisław Śląski... większość kibiców Wisły słysząc tą nazwę wzdycha i myśli o kolejnym krótkim wypadzie na wieś gdzie nic się nie dzieje i największa atrakcją może być promocja po drodze. Dla Lechii był to jednak jeden z lepszych wyjazdów w sezonie, cała Polska do przejechanie, możliwość spotkania się ze znajomymi i wiadoma sprawa, że pojadą raczej bardziej kumaci kibice niż niedzielni wyjazdowicze... przynajmniej tak się zapowiadało. Pierwszych kibiców biało-zielonych mieliśmy już ok 2 w nocy, chwila na pogaduchy i pasuje się przekimać przed całodobowym melanżem i wyjazdem – 3 godziny musiały wystarczyć. Wstajemy rano i udajemy się na R22 załatwiać sprawy organizacyjne jedni, a ja na wykłady (nie pamiętam już kiedy byłem tak wcześnie). Podczas gdy ja się uczyłem, zaczęła się zbiórka przedwyjazdowa. Na razie jeszcze jeszcze byłem asertywny i myślę „ch... z Wodzisławiem, wpadnę na imprezę pomeczową”, nagle dostaje telefon i słyszę, że Lechia miała spotkanie z koalicją Ruch – Widzew i kilka osób rannych, jedziemy na dworzec. Pakuje się do plecaka i w trakcie jeszcze pierwszego wykładu ewakuuje się z zajęć. Plan był taki, że odbierzemy Lechię na dworcu, damy im jakieś bluzy i jak wyjadą do Wodzisławia to wrócę na zajęcia. Idę przez rynek i dostrzegam kilkunastoosobową grupę grubasów, jeden w smyczce Cracovia Hooligans... Włączył mi się radar i zastanawiam się co jest grane, przecież żydki grają dopiero o 17, a 10 jeszcze nie było. Mijam Galerię Krakowską i kolejne pejsy tym razem2 sztuki w szalach spisywani przez psiarnie. Kawałek dalej widzę ziomka od nas, biega jak poparzony, telefony, itp. Wychodzę z Galerii, a tu na parkingu pokitrane całe oddziały psiarni, suki, żółwie ninja, itp.,a ja z gadżetem w plecaku...myślę, przyczepią się do studenta, zmacają plecak i będzie buba. Odbijam na parking dla busów i nagle pełne zaskoczenie i widzę nasze mordy. Krótka gadka, ktoś mówi, że żydki nas chyba obczajają i może coś być więc pełna mobilizacja, zjeżdżają się kolejne samochody, spotykam ziomków z FC O. i S. mówią, że mają miejsce w samochodzie i jak to nie jadę na wyjazd jak jadę... no to wróciłem na wykłady myślę:)
Zawijamy się na Reymonta z powrotem spotkać z resztą osób. Dostajemy telefony z Lechii, że są trzymani na jakiś polach, spisywany jest cały pociąg, kilkadziesiąt osób powiniętych, jeden skatowany przez psiarnie jeszcze i psy chcą ich zawrócić. Zapada w końcu decyzja JEDZIEMY! Jest jeszcze ekipa samochodowa Lechii którą też trzeba wesprzeć. Ledwo wyjechaliśmy z Krakowa... jeb, fura się zepsuła, nie damy rady jej naprawić na poboczu. Dzwonimy po znajomych, kto jeszcze jedzie ale szału ni ma. Z opresji ratują nas busy w których miała jechać Lechia:) Pakujemy się, a w busach po 5, 6 osób w sumie, pełny prowiant, bułki, batony, jogurty, woda:)
Mamy lekkie opóźnienie ale przynajmniej jedziemy i możemy rozprostować nogi i poczytać książkę w końcu miałem się uczyć, a w samochodzie ze zjebaną klimą, siedzeniem i szybami których nie da się otworzyć każdy odliczał tylko kilometry do końca. Docieramy pod koniec pierwszej połowy, wchodzenie przebiega nawet sprawnie, wchodzą wszyscy, gościnnie ok 10 osób z Piasta Gliwice. Doping stanowiły w większości okrzyki i krótkie hasła sławiące Lechię z odrobiną anty dopingu (K. z Lechii stwierdził, że muszą Wisłę nauczyć anty dopingu bo było za cicho). Cały mecz przegadałem gdzieś z tyłu sektora. Po końcowym gwizdku i kolejnej porażce piłkarze podchodzą ze spuszczonymi głowami przybić piątki, kilkoro z nich słyszy co nieco na temat swojej ambicji itp.
Powrót do Krakowa tym razem z ziomalstwem z Lechii znowuż samochodem z tą różnicą, że już w pełni sprawnym. Trasa mija szybciutko, jeden krótki postój po drodze i jako jedni z pierwszych meldujemy się U Wiślaków. Zaczynają się browarki, obiad, generalnie życie kibicowskie kwitnie.
Po wstępnym melanżu przenosimy się do hotelu i zaczyna się chlańsko i patologia na dobre!
W trakcie imprezy mamy jeszcze mały wypadzik samochodowy bo kilku żydków postanowiło poudawać chuliganów... przyjeżdżamy na miejsce i oczywiście amba zjadła żydów. Wracamy na melanż, główny prowodyr głupich pomysłów idzie spać i zaczynamy się prześcigać w pomysłach co mu zrobić. Pomysł z goleniem oklepany, więc używamy żelu, żarówki, mydła, pada pomysł żeby zdemontować zraszacz i podłączyć;) Pomysłów przybywa, ktoś rzuca hasło żeby go podpalić, do pokoju w tym czasie wszedł „opiekun pokoju” i mówi żeby nic tutaj nie palić, jak chcemy to możemy go wyrzucić za okno (6 piętro). Gdyby nas lepiej znał pewnie nie poddał by nam tego pomysłu bo poważnie zaczęliśmy rozważać, że gdyby go przywiązać do krzesła i obwinąć 3 kołdrami i taśmą to przecież nic mu się nie stanie:) W dalszej części padają propozycje żeby go rozebrać i podrzucić recepcjonistce albo na stadion Kałuży zawieźć, niestety kończy się na nieco bardziej przyziemnych pomysłach i robimy mu maseczkę z lakieru do paznokci, popcornu i odrobiny Jana niezbędnego. Po przebudzeniu nie muszę mówić, że zaczęły się rewanże i odgrażanie.
Przed 5 rano wyjeżdżam do domu wykąpać się i zebrać na kolejne zajęcia. Popołudniu wpadam na chwilę do Wiślaków... i widzę, że jeszcze nie wszyscy wyjechali do Trójmiasta :D Z naszego pokoju ostatnie osoby jechały podobno ok 9 rano więc i tak nieźle.
Podsumowując – weekend ciekawy, a dla ekipy pociągowej z wysokim poziomem adrenaliny. Fajnie było się znowuż spotkać w dobrym gronie i pośmiać. Dodam, że był to dla mnie wyjazd pod znakiem ekipy bardzo tani koszt bo nie wydałem ani złotówki na przejazd, bilet, jedzenie i picie (nie liczę spotkania z ziomkami po meczu).
Nasza wyprawa z południowej Irlandii, dokładnie Dublina zaczęła się o 7 rano, wraz z ziomkiem postanowiliśmy wyruszyć z samego rana z nadzieją, że na miejscu kupimy bilety (z nami w banie ponad 10 polaków i każdy z takim samym celem).
Po niecałych 3 godzinach przyjeżdżamy do Belfastu i wyruszamy na zwiedzanie miasta gdzie spotykamy ekipy Wisły Płock, ŁKS Łódź oraz Widzewa.5 godzin przed meczem postanawiamy iść do mc donalda gdzie oprócz małego obiadu łoimy
wódę z kubka od coli :D W dobrych humorach opuszczamy restauracje i zmierzamy powoli na stadion. W mieście dosyć dużo polaków lecz bez żadnych chóralnych śpiewów .W drodze na stadion przechodzimy kolo Irlandzkiego baru w którym miejscowi się napinają lecz do niczego nie dochodzi.
Jesteśmy pod stadionem jakieś 2 godziny przed meczem gdzie każdy poluje na bilety które było bardzo ciężko dostać. W pewnym momencie kiedy nasza grupa liczy z 200 osób policja wybiera nas pod wiadukt ( nie wiem czemu, podobno irole się gdzieś kręciły) większość grupy wbija się na wiadukt gdzie zlatuje się psiarnia a z drugiej strony ulicy pojawiają się irole ( cała ulica, około 700?)
Mecz zapowiadał się ciekawiej niż derby, było można liczyć na przyjazd konkretnej bandy z Gdańska a i u nas selekcja była trochę większa niż przy okazji ostatnich odwiedzin w kurniku.
Goście do nas pozjeżdżali się już przed południem, a wychodząc odebrać Lechię spotykamy pasiastą czapkę która bez jakichkolwiek problemów zmienia właściciela, oddalając się słyszę z ziomkiem jeszcze „MATEUSZ, MATEUSZ, DZWOŃ PO NOŻE” kiedy dochodzimy do wniosku, że ktoś nie zrozumiał swojego błędu wracamy na co ów judasz reaguje wbiegnięciem do marketu, gdzie chowa się za kasjerką i stamtąd dzwoni (jak się później okazało stał tam półtorej godziny bojąc się wyjść).
Zaczynamy piwkowanie z Lechią, widać zmęczenie podróżą i większość musi zregenerować siły. Po krótkim odpoczynku jedziemy do Wiślaków na dalszą degustacje, czekamy na resztę wycieczki która ma drobne problemy na trasie. Około godziny przed pierwszym gwizdkiem wyruszamy w sile lekko przekraczającej 200 głów na stadion żydów. Przemarsz prawie jak za starych pięknych czasów, teraz było tylko 100 razy więcej psiarni niż w latach 90, a nas z powodu ograniczeń i wymogów bezpieczeństwa ponad 2 razy mniej. Trasa prosta i krótka bo przy parku Jordana gdzie stanowimy chyba ciekawą atrakcje dla bawiących się tam dzieciaków, później błonia i gdy zbliżamy się do stadionu rzucamy kilka okrzyków na temat tego kto rządzi w Krakowie, zostaje odśpiewany hymn Lechii, żydzi z 3 stron, masa napinaczy, kilkoro znajomych żydów którzy dostarczali nam już kiedyś barwy, niektórym ulubieńcom dostało się z imienia i nazwiska. Wchodzenie na sektor przebiega nawet sprawnie (oczywiście jak na pasiaste warunki) i na meczu większość melduje się jeszcze w pierwszej połowie;] Z naszej strony 4 flagi o ile dobrze pamiętam w tym wiślacka Gdynia, doping ograniczamy do kilku okrzyków, leci trochę epitetów, na sektorze żydów jesteśmy słyszani o czym świadczą gwizdy i riposty. Przez jakiś czas pobyt na tym nudnym spektaklu ożywia nam jakiś małpiszon w czarnym dresie który był chyba dobrze zjarany bo klękał, gryzł ogrodzenie (z naszej strony leci wtedy U U U U U), kopał z półobrotu w płot... za którymś razem kopnął mało fartownie bo odszedł kulejąc. Doping żydów to na ogół murmurando z wyjątkiem NIGDY NIE ZEJDZIEMY NA PSY, WTSK, Hej hejów i jakiejś piosenki w stylu Amici.
Po meczu krótka napinka, psy łapią kilkoro judaszy i zawijają do suk na co śpiewamy zostaw żyda. Ktoś od nas rzucił hasło WASZA STARA NIE MA DZIECI co zmiażdżyło mi system muszę przyznać, później jakaś przyśpiewka ZRÓBCIE NAM PAŁY – ŻYDOWSKIE KURWY, PEDAŁY!
Po wszystkim wracamy spokojnie do siebie i jak to na gościnie PIJEM I BAWIM!!
Kolejne derby pod Wawelem, niestety znowuż tylko z nazwy ponieważ sektor gości przy Reymonta jest zamknięty z powodu remontu trybuny, więc zamiast tysiąca pasiaków mieliśmy jedynie kilku incognito.
Przygotowania do meczu zaczęły się dla nas w sobotę od zrobienia magicznej mikstury o wdzięcznej nazwie „Zgon Śląska”. Przepis znaleźliśmy na stronie Knorra :-)
Ok 15 zjawiają się pierwsi goście z Wrocławia którzy po szybkiej degustacji zastosowali się do nazwy specyfiku i padli... „Panowie tylko nie spijcie mnie bo chcę jeszcze oglądnąć mecz Śląska za godzinę i żebym widział na oczy jeszcze”. Jak czas pokazał w 60 minutach zmieściliśmy się z pierwszym przybiciem gwoździa.
Do wieczora męczymy Śląska w grupie, później już poszły solówki więc do 10 rano dnia następnego ogarnęliśmy się do jako takiego stanu... G. ze Śląska już więcej nie chciał patrzeć na alkohol, nawet z piwem miał problemy. Przed meczem dołączyli do nas jeszcze Ślązacy z Wrocka i Oleśnicy którzy dzielnie nadrabiali zaległości w umacnianiu zgody skutkiem czego część z nich musiała oglądać mecz w tv.
Co do samego meczu to nie obyło się bez zamieszania z biletami po części z mojej winy ale koniec końców chyba wszystko się udało i jak za starych dobrych czasów dostałem się na stadion przez płot. Na meczu komplet, doping dobry, w pierwszej połowie może mało agresywny ale na drugą część już się rozkręciliśmy i wyciągamy flagę Hezbollahu która jak się okazało przyniosła szczęście bo kilka sekund później padła pierwsza bramka dla Wisły. Doping poprawiał się z każdą chwilą, sporo dostało się Cabajowi, kilka osób regularnie besztających go zza płotu, jeden najebany głupek który wskoczył na ABG i też zaczął się drzeć za co dostał kilka otrzeźwiających gongów i sądząc po tym jak opuszczał sektor pewnie się przeżuci... płakać nie będziemy. Później o mało co a sam bym wykopał jednego gościa który z dziewczyną przyszedł na randkę i sobie siedzi na D3. Na szczęście mój dar perswazji podziałał i zaczął drzeć ryja.
Co do kulturalnych piosenek o ulubionym zawodniku starozakonnych powstały min. takie hity jak CABAJ PEDALE PODOBNO MIESZKASZ W KANALE, JEBAĆ CABAJA CO PIZDE MA, A NIE JAJA, itp. Doping bardzo zróżnicowany, Gniazdowi jak zwykle potrafili zmobilizować sektor do podniesienia decybeli i pokazać żydkom, że o takim dopingu mogą tylko pomarzyć. Ok 80 minuty został odśpiewany hymn Polski i co do tego wydarzenia to judasze już zaczęły dorabiać nową ideologie – twierdzą, że bardziej pasuje do nas międzynarodówka lub gwardyjsko-bolszewicki hymn... no ale oni są przecież czyści jak łza i za komuny oczywiście walczyli z komuną, a profesor Filipiak w ogóle nie był członkiem PZPR do samego rozwiązania...
Po meczu jakieś małe zwiedzanie osiedli i jakiś wiosek, jedno spotkanie z dziewczynami, ziomek się pyta czy chcą kupić jakieś perfumy ale chyba się bardzo spieszyli bo nic nie wzięli.
W domu melduje się po 16 w poniedziałek. Pozdro dla Wszystkich Malinowych Nosów z którymi piłem przez ten weekend i dla kilku osób przez które mam jeszcze kaca i miałem gdzie spać;)
Dodam o jednym przyjemnym akcencie, otóż od początku meczu dostawałem smsy i telefony z Wrocławia, niektórzy faktycznie byli z nami duszą (pozdro KING KONG)
Nie wiem czy powinienem spisywać wydarzenia z ostatniego weekendu, a tym bardziej na blogu publicznym, ale po kilku dniach gryzienia się z myślami dochodzę do wniosku, że nawet w formie okrojonej należy to gdzieś zapisać (nie tylko w zawodnej, pijackiej pamięci). Z góry zaznaczam, że sporo faktów celowo pominę, a obecne osoby nie wyjdą na jaw.
Jakiś miesiąc temu dostałem z kilkoma osobami zaproszenie na pewną grubszą, kulturalną, ostatkową imprezę i od razu wiedzieliśmy, że choćby skały srał, a pindole na czoło nam się sypały to musimy jechać! Po sporych rotacjach składowych zaczynamy „wyjazd” w piątek wieczorem.
Z powodu naszej kiepskiej organizacji o kuszetkach możemy tylko pomarzyć i ja z B. ciśniemy 11 godzin przez Polskę w pośpiechu bez ogrzewania. Oczywiście tradycja wyjazdowa zachowana, barwy są, browar od początku podróży i okupacja przedziału. Trasa właściwie bez historii jakoś tam leci, chwile kimamy, podziwiamy zmrożoną Polskę, jakieś łanie (Animal Planet2) i zamek w Malborku... za mgłą więc nie ważne z której strony miał być. Dojeżdżamy do Mławy i B. rzuca hasłem „Była by beka gdyby teraz Ś. Wsiadł”... Jaka Polska wielka i biała i ile pociągów po niej jeździ tak po 10 sekundach na stacji widzimy Ś. wraz z całą Mławską ferajną. Łapiemy się za głowy, Ś. już ma głupi uśmiech na twarzy, wsiadają do nas i dowiadujemy się, że cały czas 2 przedziały wcześniej jechał z nami Nowy Targ hehe. Zaczyna się chlanie, robi się biało zielono, zaczynają lecieć bomby, wódka ze szklanek i na stacji w Tczewie już jesteśmy dobrze porobieni. Mława ledwo trzymając się na nogach wysiada, razem z Nowym Targiem udawali się na turniej do Tczewa. Uprzedzając troszeczkę fakty dodam, że Mława w całym turnieju oddała trzy strzały na bramkę:)
Mijamy Gdańsk Główny i tutaj się zaczynają moje pierwsze problemy z pamięcią bo nie pamiętam gdzie wysiadamy:D odbierają nas chyba A.S.S. i S. (hehe ciekawe kto sobie poradzi później z tymi skrótami) zaczynamy piwkować, jedziemy coś przegryźć i tutaj po raz pierwszy uzewnętrznił się mój stan umysłu – zacząłem smarować sobie kanapkę serem zamiast masłem, a najlepsze jest to, że mi się udało:) Lechiści cały czas pilnują oczywiście, żeby wódka i piwo nie straciło daty ważności i w ciągu godziny tracimy poczucie czasu. Ładujemy się w fury i jedziemy zobaczyć co słychać na turnieju (po drodze oczywiście piwo).
W Tczewie wita nas zastęp psów i suk, dopiero kawałek dalej można spotkać jakieś znajome mordy.
Po przekroczeniu progu spotykam chyba Z. i M. chwile oglądamy jakiś meczyk (Kartuzy z kimś 6:0 wygrywały) i za moment znajduje się z P. z Grudziądza, jakoś czas nam nie dopisywał i zdążyliśmy zrobić tylko browca, ale za to poszliśmy zwiedzać szatnie i można było porównać „odżywki” poszczególnych drużyn, a z jakiegoś FC Lechii nawet miłą dziewczynę poznałem... imienia nie pamiętam, z twarzy nie poznam, numeru nie mam, chciała mi dać szal... zapomniałem:D Docierają do nas jakieś sygnały, że śledzie trafiły gdzieś bluzę w momencie wysypuje się prawie cała hala na zewnątrz, wyrusza jakaś fura na rozmowy, oficjalnie nie było z kim gadać mnie oficjalnie, śledzie teraz też nie pogadają.
Wracam do Gdańska zgarnąć resztę PiZu z południa, a ja czuję, że coraz bardziej udziela mi się to morskie powietrze.
Tutaj mam małą stop klatkę... pamiętam, że odebraliśmy Ż.E. i D. ale zastanawiam się czy dopiero teraz na obiad nie jechaliśmy, pamiętam, że się z czegoś śmiałem, ale już nikt nie ustali o co chodziło.
Dobra tutaj się pojawia dopiero problem bo właściwie to nie pamiętam nic aż do momentu jak się w hotelu obudziłem żeby rzygać i Ż. Mi zwracał uwagę żeby posprzątać i bydła nie robić... ledwo skończyłem, wpadł do łazienki B. z okrzykiem „spier...” i powtórzył mój manewr. Ktoś coś rzucił, że za 10 minut wychodzimy na bal, a ja mam w głowie takie hal, że dramat. Jakoś się ogarniamy, ubieramy się co chwilę odwiedzając tualete. Podjeżdżają taksówki (albo jedna taksówka) całą drogę czyli ok 10 minut walczę ze swoją wątrobą, docieramy do celu... udało się. Wchodzimy do Tawerny, witamy się z każdym po kolei i zwiedzamy łazienkę (znowuż). Zajmujemy miejsca, zaczynają się rozmowy, podają, zupę, kosztuję ostrożnie 3 łyżki... chcę umrzeć, znowuż kibelek. Jedyne co do północy przechodziło mi przez gardło to herbata, czasami nawet w dwie strony przechodziła, a trochę takiej odgrzewanej zakopałem nawet koło statku. Dobra kończę niesmaczna część opowieści i wracając do samej imprezy to naprawdę ekstraklasa! Jedzenie pewnie wyśmienite sądząc po minach innych, alkoholu więcej niż dość, muzyka lajcik, w podłodze wąż:)
Właściwie to za bardzo tutaj nie ma co pisać, pokonałem się i zacząłem szaleć na parkiecie więc też się wybawiłem, kilka kolejnych osób padło, ktoś się z kimś przytulał, ktoś inny miód z ucha wyjadał, o północy wjechała na parkiet pieczona świnia wokół której 40 wariatów skakało i wyzywało ją:D Później była jakaś raca, zacząłem pić drinki, odżyłem i wytrzymałem na imprezie do jakiejś 5:30 czyli do końca. Wracamy do hotelu wyposażeni w jedzenie, alkohole i masę innych rzeczy (np. po 4 smyczki). Jako JUŻ najbardziej obecny duchem sam wszystko taszczę na górę, kładę żarcie na podłodze i tutaj ma miejsce dosyć zabawna sytuacja. O tyle o ile B. po prostu walnął się zgona na łóżko, o tyle jak powiedziałem D. żeby nic nie zdeptał swoimi buciorami to słowa dotrzymał... zahaczył o próg w drzwiach i wyłożył się jak długi na całe jedzenie przez co rano mieliśmy już śniadanie właściwie nałożone:)
Po całych 4 godzinach snu Ż. Mnie budzi żeby iść na miasto (cwaniak bo wcześniej uciekł z imprezy i nie musiał walczyć, O! Odnośnie walk to alkohol tak nam się rzucił na wzrok, że w Gdańsku już widzieliśmy czapki Widzewa i kogoś tam jeszcze). Wstaję, jem w końcu coś normalnego i otwieram porannego specjala. Udajemy się w czwórkę na starówkę, D. po drodze zalicza check pointy kolejno po wyjściu z hotelu, po wybiegnięciu z autobusu, na kolejnym przystanku, na rynku, koło fontanny Neptuna i Bóg jeden wie gdzie jeszcze. Walimy kilka fot, znajdujemy lokal w którym się bawiliśmy, a jako, że piździ nieziemsko szukamy jakiejś otwartej knajpy ( o 9 to tylko yakuze otwierają). Pakujemy się do Sphinxa jakieś pół godziny przed otwarciem, jemy coś, pijemy, D. zalicza kolejnego check pointa:D
Kiedy mieliśmy już wracać i czekamy na przystanku na autobus słyszymy, że ktoś się za nami drze. Patrzymy, a to reszta patologii która nie była obecna na balu nas namierzyła i witaja nas na środku drogi wódką i browarami:) Jedziemy do knajpy nad morzem, D. znowuż znaczy teren, ja biegam trochę w podkoszulku po polu czyli generalnie dalej chlejemy. Towarzystwo się zjeżdża, wraca pomysł kąpieli w morzu i skończyło się na tym, że był zakład o drożdżówkę, że nie wbiegniemy... no i wbiegliśmy:) Ubaw po pachy, 3 patoli z Zabierzowa na waleta pakuje się podczas zamieci śnieżnej przy minusowych temperaturach do morza:D Rozgrzani kąpielą wracamy do knajpy i dalej sączymy piwko.
Kiedy przychodzi mój czas na powrót do domu, zahaczamy o hotel, dostaję jakieś browce na drogę (dojechał jeden) i udajemy się na dworzec gdzie po raz kolejny spotykam Mławę i Nowy Targ. W pociągu wspólna impreza. W Tczewie niby jakieś gratisowe śledzie miały stać ale jak to mają w genach... szybciej się zerwali.
W Zabierzowie melduję się przed 9 rano, na 12 jadę na rozmowę kwalifikacyjna w sprawie pracy i pół przytomny... dostaję ją hhehee.
Naprawdę był to weekend kandydujących do miana najlepszych w życiu:)
DZIĘKI ZA WSZYSTKO JESZCZE RAZ!!!
Mamy zimę więc na kibicowskiej scenie dzieje się troszeczkę mniej niż zwykle, jednak nasi dzielni, obiektywni i najmądrzejsi politycy fundują nam po cichu nieprzyjemną niespodziankę.
Pozwolę sobie zacytować artykuł z interia.pl który raczej nie poprawia humoru.
Politycy przeciwko chuliganom - ustawa zaakceptowana

Wprowadzenie przymusu identyfikacji osób wchodzących na mecze oraz zwiększenie kar za łamanie przepisów zakłada projekt ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych, który zaakceptowali w czwartek posłowie sejmowych komisji.
- Gdy ustawa wejdzie w życie, organizator imprez dostanie narzędzia, które ułatwią mu utrzymanie bezpieczeństwa na stadionach - powiedział Dariusz Derewicz, naczelnik Wydziału ds. EURO2012 MSWiA. Najważniejsze z nich to m. in. tzw. zakaz klubowy. Organizator meczu może osobom łamiącym regulamin zakazać wstępu na kolejne swoje imprezy.
Projekt ustawy zakłada też obowiązek identyfikacji wchodzących oraz wyposażenie służb porządkowych w gaz i kajdanki. Ustawa przewiduje też, że nietykalność członków służb ochrony podczas imprezy masowej będzie podlegać ochronie prawnej. Za jej złamanie grozi grzywna lub kara pozbawienia wolności do 2 lat.
W projekcie wprowadzono nowe definicje przestępstw i podwyższono kary grożące za wykroczenia. Np. za wniesienie alkoholu na imprezę "podwyższonego ryzyka" (np. mecz) grozi kara ograniczenia wolności lub grzywna w wysokości co najmniej 2 tys. zł. Przestępstwem będzie wtargnięcie na teren, na którym odbywają się zawody sportowe; będzie za nie groziła kara do 3 lat więzienia.
Za rzucanie niebezpiecznymi przedmiotami, mogącymi stanowić zagrożenie zdrowia lub bezpieczeństwa - do 2 lat więzienia. Za używanie odzieży lub przedmiotu do zakrycia twarzy celem uniemożliwienia rozpoznania można będzie otrzymać karę od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia.
Jak zapewniają posłowie, jeśli ustawa wejdzie w życie, również tzw. zakaz stadionowy będzie lepiej egzekwowany. Ci, którzy go otrzymają, będą bowiem musieli podczas każdej kolejnej imprezy masowej meldować się na posterunku policji.
Dobra obiecałem, że wrzucę opis z wyjazdu do Wrocławia więc chyba najwyższa pora.
Wyjazd oczywiście dzień wcześniej ok południa (później to już by wstyd był), zbiórka w Galerii Krakowskiej i tutaj pierwsza niespodzianka... znajomy żydek! Ja za nim zasuwam po tej galerii, a on piętro niżej gdzieś się chowa, na pewno wyglądało to komicznie ale suma summarum schował się gdzieś i go zgubiłem... cóż. Znajdujemy się później zresztą patologii, kupuje jakieś szamanko i browary i pakujemy się do przedziału. W pociągu sporo znajomych twarzy, na dworcu jakiś dwóch typów nas obczaja więc zachowujemy ostrożność... do czasu. W Chorzowie już była taka impreza, że mało nie płakaliśmy ze śmiechu, od Jaworzna/Trzebini napisy na murach doprowadzały nas do łez po prostu, co lepsze kwiatki które pamiętam: na cmentarzu 2 metry na całą długość murku „domagamy się referendum”, przed wjazdem do Chorzowa „Kocham tylko Ruch, Jezusa i suche kromki ze smalcem”. Pół drogi mija nam na szukaniu kanarzycy, laska nieziemska, mało się o nią nie pobiliśmy, trzy razy nam sprawdzała bilety, już usłyszała od nas, że ją kochamy, miałem się oświadczyć w Oławie ale pierścionka nie miałem... Gdzieś dalej wpadają do pociągu SOKi i psiarnia z kanarem mówiąc, że jesteśmy za głośno i mamy wysiąść, mówimy, że będzie już ok i opowiadamy jakieś głupoty, a na odchodne usłyszeliśmy od kanara, że mamy nie zaczepiać konduktorki (zazdrosny był i tyle). We Wrocku na stacji wita nas Śląsk z browarami, od razu zaczynaja się śpiewy, nikt nie zwraca uwagi na psiarnie. Pijemy, jemy, zwiedzamy Wrocław (ciemno już było więc rozjaśniamy sobie umysły piastami), nikomu nie przeszkadzają ujemne temperatury tego dnia, ja gdzieś wdepnąłem w kałuże. Koniec końców lecimy na kwadrat gdzieś na jakąś parafie ;F za Hubami. Muszę przyznać, że przyjaciele z Wrocławia przyjęli mnie super zwłaszcza, że dołączyłem się do wycieczki ponad normę i to w ostatniej chwili... zajęcia miałem w ten weekend:D Tak więc wielka dziękówa powiedziałbym, że zrewanżuje się jak przyjedziecie ale od tego czasu już z co poniektórymi piłem:)
OK 21 z dobrym humorem już przejmują mnie znajomi Ślązacy i zaczynamy gdzieś krążyć po knajpach, dyskotekach, pijem i bawim ogólnie (swoją droga od mojej ostatniej wizyty to Wrocławianki się wyrobiły:)). Biegamy gdzieś od knajpy do knajpy, nie biegamy to złe okręslenie, najpierw była jazda, a później to ja już latałem... wylądowałem w spiżu na koniec i przybiłem gwoździa po mocnym spiżowym (czarne piwo!!!!), wychodzę się trochę przewietrzyć i nagle ni stąd ni z owąd rzuciła się na mnie betonowa ławka na rynku. Jak dostałem po goleniach!!! Niech ją dunder świśnie hyhy. Noc kończę kontuzją goleni – lekkie stłuczenia i zdarta skóra do krwi.
W dzień meczu po ciężkiej nocy wstaje... nie wiem o której ale wcześnie już dawno nie było. Jedziemy na jakąś pizze... z piwem oczywiście, odwiedzamy grób śp. Rolika i zapalamy kilka zniczy. Spotykamy resztę kumpli, jedziemy jeszcze na jakieś browarki i obieramy kierunek stadion.
Pod stadionem masa znajomych, śpiewy, jak zwykle sporo przypadkowych osób jeżdżących od święta, a robiący tylko bydło... powinno się ich lać niezależnie od barw i dobrze, że co poniektórzy dostali bo co to ma być, że flagę zdejmuje, albo dymi najebany do chłopaków z Silesii.
Na meczu doping momentami całkiem niezły, ale większość meczu trochę przez alkohol, trochę przez pogodę średni. Jakby mało było tego, że był mega wypizdówek, pizgało śniegiem to jeszcze jednej dziewczynie czapkę odstąpiłem więc na stadionie wytrzeźwiałem na cacy i ratowałem się gorącą herbatą i chyba spaghetti... albo bigosem... no kiełbasy w każdym bądź razie nie było:)
Mecz o dziwo przegrywamy, ale dla mnie to była sprawa naprawdę drugorzędna wtedy i cieszyłem się ze zwycięstwa Śląska.
W trakcie meczu swoim geniuszem organizatorskim wykazał się jeszcze dimetyloperhydrofenantren S. który będąc naje...jak działo ponad 400 km od domu potrafił zorganizować busa na powrót. MISTRZ.
Powrót w podobnym składzie co na początku, część osób śpi, ktoś z tyłu niemiłosiernie chrapie, a my przez całą podróż mamy beke, śpiewamy i pijemy do samego Krakowa!!!
Nie obyło się bez promocji, najpierw w Warsie snickers i o mało co lane piwo:D A później standardowo na stacjach. Bus porównywalny do tego z Zagłębia Lubin sprzed chyba dwóch sezonów. Na pewno warto było jechać! Pozdrowienia dla wszystkich z którymi wtedy piłem i się bawiłem... no i dla kanarzycy mojej:*
Wisła – Lechia
Na ten mecz wszyscy oczekiwaliśmy z niecierpliwością, ktoś policzył, że ostatni raz graliśmy ze sobą ok 13 lat temu więc tym większy smaczek. Mecz miał się odbyć 15 listopada, ale generalnie dało się odczuć morską bryzę już 3 dni wcześniej:)
Gościna zaczyna się od krótkiego zwiedzania Krakowa, później padają pierwsze browary i... pindole:D W tym miejscu przyznaję, że przegraliśmy z kretesem i czoło od pindoli boli mnie do dzisiaj, wystarczy dodać, że dopiero mnie na jedynej kobiecie w towarzystwie udało mi się otworzyć nasze konto pindoli przy stanie... 7:0 (wstyd).
Co do samego melanżu to za dużo nie napiszę, wiecie sporo rzeczy wyleciało z głowy po odparowaniu alko, a dwa, że nie mogłem nic pisać przez jakiś czas. Pamiętam, że było zajebiście i dla takich chwil warto żyć... nie pytajcie tylko jakich. Pamiętam jakieś laski w samochodzie w nocy na pasterniku, awantura o klapkę do telefonu, dużo alkoholu, rozśpiewaną restauracje U Wiślaków i przeróbki piosenek za które byśmy dostali pewnie kary liczone w dziesiątkach tysięcy:) sektorówke nad stołami, nie zabrakło starej gwardii Lechii.
Co do samego meczu to zakończył się wynikiem 3:0 dla Wisły co zostało skomentowane z trybun „Troszkę za dużo, Wisełko troszkę za dużo”:) już na wiele godzin przed meczem dało się wyczuć klimat meczu przyjaźni, a kibiców w barwach ŚWL można było spotkać nawet pod Wawelem.
Przed meczem udało się skołować jeszcze jakieś dodatkowe wejściówki (chyba 200) dla gości z Gdańska które się rozeszły w okamgnieniu, alkohol się leje strumieniami, co chwile gdzieś są odpalane race... bajka po prostu.
Dobra rozmarzyłem się, wróćmy na trybuny. Nadkomplet co chyba nikogo nie dziwi, doping prowadzili tego dnia gniazdowi zarówno z Lechii jak i nasi, a przed meczem nawet pewna smukła dziewica z Woli;) swoja drogą była chyba nawet wyznaczona nagroda w postaci browara za ściągnięcie jej z tego gniazda:D Doping jest prowadzony na zmianę, Wisła/Lechia , zostają odśpiewane obydwa hymny. Na rozpoczęcie meczu prezentowana jest oprawa na dwie trybuny przedstawiająca na sektorze D Wiślaka na tle starego miasta, a na E Lechiste na tle gdańskiej starówki, całość uzupełniał transparent również na dwie trybuny PĘDZIMY BY SZYBKO PAŚĆ SOBIE W RAMIONA – KTO NIE WIE CO TO PRZYJAŹŃ DZIŚ SIĘ PRZEKONA. Wyszła moim zdaniem kapitalnie. Później mimo ogólnego upojenia alkoholowego pewnie 99% trybun doping głośny i równy przez cały mecz, a nawet długo po jego zakończeniu, były nawet jakieś pojedyncze spontanicznie odpalone race:) Nasza PiZowa grupka oczywiście na trybunach musiała pokręcić beke i nie obyło się bez przyśpiewek o pindolu i wzajemnym pindolowaniu się (PS. S. w wolnym transferze zostaje oddany do Śląska za lizaka chupa chups bo wyłapywał za dużo pindoli).
Po zakończonym spotkaniu piłkarze podchodzą pod sektor intonując z kibicami WISŁA Z KRAKOWA TO LECHII DRUGA POŁOWA. Większość osób jeszcze przez długi czas pozostała na trybunach wspólnie śpiewając i bawiąc się i nastąpiła sytuacja która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, otóż któryś z braci z Wolnego Miasta Gdańska krzyknął „Lechia oddawać koszulki za gościnę” i po kolei wszyscy jak jeden mąż zaczęli ściągać swoje barwy wręczając osobie obok lub rzucając w ciemno w kibiców Wisły, co poniektórzy Wiślacy nawet zrewanżowali się tym samym:)
Później udajemy się wszyscy na piwkowanie i jakiś ciepły posiłek do namiotów które były rozstawione za stadionem (w tym miejscu chciałbym złożyć gratulacje SKWK i osobom które pomogły zorganizować to wszystko) piwa nie brakło, jedzenia też chyba nie, nie zapomniano również o urodzinach co poniektórych ważnych postaci z Gdańskiej Lechii, był tort, race pod namiotem hehe, szczekaczka, później gdzieś nawet jacyś piłkarze się pojawili. Śpiewy chlanie itd. itp. a dla porównania tydzień później sąsiadka zza błoń przyjmowała swoją zgodę... była kiełbasa i herbata dla każdego:D
Dla nas pijaństwo trwało +- 3 i chyba długo jeszcze będziemy wspominali przy wspólnym piwku tamte piękne dni:)
Aha i gościnnie była obecna bodajże 45 osobowa grupka dobrze prezentujących się kibiców Polonii Przemyśl.
Nawet piękna Kościerzyna...:)
Na wstępie zaznaczam, że notki nie było bo miałem bloga zablokowanego z różnych powodów... biorę się za nadrabianie:)
Długo wyczekiwany mecz przez obydwie ekipy, żeby nie powiedzieć przez obietrzy, a nawet sześć.
Mecz zaplanowany na godziny przedpołudniowe więc było trzeba rano ruszyć dupe i zebrać się z łóżka, walnąć jogurt „popiątkowy” i zasuwać na R22. Całkiem szczęśliwie udaje mi się zdążyć na zbiórkę, pakujemy się wszyscy do podstawionych autobusów. Przejazd spokojny, pod stadionem meldujemy się sporo przed meczem, wejście bezproblemowe.Gwoli ścisłości przed meczem 3 gumiorów wyłapuje kosy... ot tradycja krakowska. Odmawiają składania zeznań. Po meczu udajemy się dobrą bandą na tramwaj z głupa odbijając od podstawionych autobusów. Zjeżdżają się psy, zakazuja tramwajarzom zatrzymywać się na przystanku, każdego spisują, filmują i strasznie wkur... Po wszystkim pakujemy się w kilka osób do autobusu pozwiedzać piękne nowohuckie osiedla, drzwi w autobusach oczywiście obstawione. Na jednym osiedlu ma miejsce ciekawa sytuacja – jakiś typ biegnie na autobus, dobiega do drzwi i nagle nawrotka, patrzymy przez okno, a typ miał smyczkę Hutnika... wyczuł sprawę, a my nie zdążyliśmy go złapać.
Przed meczem miał miejsce jeszcze wjazd pod kasy gumiorów, ale to było chyba wystarczająco rozgłośnione:)
Pozdrowienia dla tych co byli.
Mam nadzieje, że nie za dużo zdjęć, ale jest co wspominać:)
Dawno nie pisałem, mało jeździłem, no ale derby pasuje zapisać na kartach historii.
Puchar ekstraklasy traktowany przez wszystkich z dużym przymrużeniem oka i przez większość ekip po prostu odpuszczany tym razem nastąpiło małe odstępstwo od tej reguły (przynajmniej z naszej strony). Stadion wypełniony całkiem nieźle, różne źródła podają liczby ok 10 000 i myślę, że pięciocyfrówka na pewno była. Niestety zawiodły dziewice orleańskie z drugiej strony błoń zjawiając się w zaledwie 390 głów, więc nie wykorzystali nawet całej puli biletów, no ale wiadomo, daleki wyjazd, pora kiepska bo po 20 i w ogóle bandytka nie zadaje się z ultraską.
Ok godzinę przed meczem wiślackie barwy zalały okolice Reymonta i miasteczko studenckie, takiego wysypu barw nie widziałem już dawno. Znalazła się również grupka małolatów bez napletków która próbowała coś upolować ale po szybkich pół strzałach palili wrotki.
Na meczu doping dobry, a jak na masakryczna wręcz liczbę pikników, pokemonów i debiutantów to nawet b. dobry. Po hymnie Wisły oczywiście odśpiewaliśmy hymn Polski jako, że mecz międzynarodowy. Izraelici w trakcie mazurka Dąbrowskiego coś tam sobie krzyczeli ale nie przebili się przez nasze decybele.
Mecz zarówno piłkarsko jak i kibicowsko zdecydowanie dla nas. Duża różnorodność dopingu, pojawiały się do tego spontanicznie wymyślane przyśpiewki, np. NIE WIDAĆ, NIE SŁYCHAĆ, CRACOVIA!! co nie do końca było spowodowane mgłą;) Dostało się trochę bramkarzowi pasów, dowiedział się, że śmierdzi itp.
Odnośnie dopingu to in minus u nas można zaznaczyć moment kiedy poleciał okrzyk z sektora odnośnie metala i wydarzeń na Oświecenia, a niewiele osób to podłapało...
Po bramce na 1:0 jak poleciało ZAWSZE NAD WAMI to już byłem szczęśliwi, ale piłkarzom było mało i mecz skończył się wynikiem 2:0, cóż więcej pisać? W Świętej Wojnie bez zmian – WISŁA PANY!!!
O takim dopingu żydzi moga tylko pomarzyć
Odnośnie wydarzeń w kiblu gości
Księga Gości
| Casino Online |